Starcie wyrachowania z pragmatyzmem. Bezbramkowy klasyk przy Roosevelta.

Miał być hit, wyszły piłkarskie szachy, w których żadna ze stron nie zdecydowała się na odważniejszy ruch. Górnik Zabrze był aktywniejszy, Legia Warszawa skutecznie neutralizowała jego ofensywne zapędy, a ponad 27 tysięcy kibiców obejrzało spotkanie, w którym nie padł ani jeden celny strzał. Klasyk polskiej piłki zakończył się bezbramkowym remisem, który więcej powodów do zadowolenia daje gościom.

Przed pierwszym gwizdkiem można było spodziewać się wszystkiego, ale chyba niewielu zakładało aż tak zachowawczy scenariusz. Naprzeciw siebie stanęły dwie drużyny imponujące organizacją gry, dyscypliną taktyczną i solidnością w defensywie. Problem w tym, że obie mają również swoje ograniczenia w ofensywie. W piątkowy wieczór przy Roosevelta zostały one obnażone niemal do perfekcji.

Górnik przystępował do spotkania z dodatkowym obciążeniem. Zaledwie trzy dni wcześniej zabrzanie rozegrali 120 minut wyczerpującego starcia z Piastem Gliwice w Pucharze Polski, zakończonego awansem po rzutach karnych. Mimo to trudno było dostrzec, aby zmęczenie szczególnie wpłynęło na ich zaangażowanie. Podopieczni Michała Gašparíka byli aktywniejsi, częściej gościli na połowie przeciwnika i zdecydowanie częściej szukali drogi do bramki.

Tyle że z tych poszukiwań niewiele wynikało.

Przewaga bez konkretów

Statystyki mówią wiele. Górnik oddał 18 strzałów, Legia zaledwie cztery. Żadne z tych 22 uderzeń nie zmusiło bramkarza do skutecznej interwencji. Trudno o bardziej wymowny obraz ofensywnej niemocy.

Zabrzanie nie mieli większych problemów z przenoszeniem gry pod pole karne rywala. Potrafili utrzymać się przy piłce, cierpliwie budowali akcje i szukali przestrzeni na skrzydłach. Wszystko jednak odbywało się w zbyt jednostajnym tempie. Kolejne próby były schematyczne, przewidywalne i stosunkowo łatwe do odczytania dla dobrze ustawionej defensywy Legii.

Brakowało przyspieszenia, kombinacyjnej gry na jeden lub dwa kontakty, prostopadłych podań i przede wszystkim zawodnika, który jednym niekonwencjonalnym zagraniem potrafiłby złamać defensywny szyk przeciwnika. Górnik miał piłkę, miał inicjatywę, ale zbyt rzadko miał pomysł, co z nią zrobić.

Co ciekawe, podobne wnioski wyciągnął sam Michał Gašparík. Szkoleniowiec zabrzan podczas pomeczowej konferencji prasowej zwrócił uwagę właśnie na te elementy, których jego drużynie najbardziej brakowało.

„Sposób na Legię to jeszcze szybsza gra oraz podejmowanie decyzji. Sami nad tym pracujemy, by czynić postęp” – przyznał trener Górnika.

Słowa słowackiego szkoleniowca trudno uznać za przypadkowe. Problemem zabrzan nie jest bowiem samo przedostawanie się pod bramkę rywala, lecz to, co dzieje się później. Gdy przeciwnik zdąży ustawić defensywę, ofensywne pomysły Górnika zbyt często kończą się kolejnym podaniem do boku lub dośrodkowaniem w dobrze zabezpieczone pole karne.

Nie jest to zresztą problem, który pojawił się dopiero w spotkaniu z Legią. Od kilku kolejek ofensywa zabrzan wyraźnie straciła na jakości. Szczególnie niepokojąca jest dyspozycja skrzydłowych, którzy jeszcze niedawno stanowili jeden z największych atutów zespołu.

Największy kryzys przechodzi Maksym Chłań. Ukrainiec jest obecnie cieniem zawodnika, którego oglądaliśmy w poprzednim sezonie. Brakuje mu przebojowości, pewności siebie i skuteczności w pojedynkach indywidualnych. Coraz rzadziej potrafi zrobić różnicę, a właśnie takich piłkarzy Górnik potrzebuje dziś najbardziej.

Michał Gašparík próbował zaskoczyć rywala, wystawiając na lewym skrzydle Janisa Antiste’a. Eksperyment nie przyniósł jednak oczekiwanego efektu. Francuz nie był w stanie odmienić oblicza ofensywy. Wprowadzone w drugiej połowie zmiany nieco ożywiły poczynania gospodarzy, ale nie rozwiązały najważniejszego problemu.

Poprzeczka, niecelna główka i zmarnowana szansa

Paradoksalnie, mimo kiepskiego widowiska Górnik miał wystarczająco dużo okazji, aby rozstrzygnąć spotkanie na swoją korzyść.

W pierwszej połowie najbliżej szczęścia był Jarosław Kubicki, który po dobrym dośrodkowaniu Petera Federico uderzył głową obok bramki. Po zmianie stron stadion przy Roosevelta na moment ożył za sprawą Ondřeja Zmrzlego. Czech zdecydował się na mocne uderzenie z dystansu, po którym piłka zatrzymała się na poprzeczce.

Swoją szansę miał również Erik Prekop. Słowak znalazł się w dogodnej sytuacji, ale z niewielkiej odległości posłał futbolówkę wysoko nad bramką. To właśnie takie momenty najlepiej pokazują, dlaczego zabrzanie od kilku spotkań mają problem z zamienianiem przewagi na zwycięstwa.

Legia? W ofensywie niemal nieobecna.

Goście mieli ogromne trudności z konstruowaniem akcji, a ich próby przedostania się pod bramkę Philippa Schulzego najczęściej kończyły się jeszcze przed polem karnym.

Pozytywnie wyróżnił się jednak Bohdan Wjunnyk, który pojawił się na murawie po przerwie. Ukrainiec wniósł nieco dynamiki, potrafił wygrać indywidualny pojedynek i stworzyć zagrożenie. Po jednej z jego akcji piłka zatrzymała się na bocznej siatce. Wjunnyk pokazał coś, czego przez większość wieczoru brakowało obu zespołom: odwagę w grze jeden na jednego.

Legia osiągnęła swoje, Górnik ma nad czym myśleć

Patrząc na przebieg spotkania, trudno oprzeć się wrażeniu, że Legia przyjechała do Zabrza przede wszystkim po to, aby nie przegrać. Drużyna Marka Papszuna była znakomicie zorganizowana w defensywie, konsekwentnie zamykała przestrzenie i nie pozwalała gospodarzom na swobodne operowanie piłką w najważniejszych sektorach boiska.

Warszawianie nie zachwycili, ale wywieźli punkt z jednego z najtrudniejszych terenów w lidze. Co równie istotne, nie pozwolili Górnikowi powiększyć przewagi w tabeli. W kontekście długiego sezonu taki rezultat może okazać się całkiem cenny.

Zabrzanie mają natomiast nad czym się zastanawiać.

Piątkowy remis był już czwartym z rzędu, licząc również pucharowe spotkanie z Piastem. W tych czterech meczach Górnik zdobył zaledwie dwie bramki. Z jednej strony drużyna Gašparíka pozostaje niezwykle trudna do pokonania. Defensywa funkcjonuje bardzo dobrze, organizacja gry stoi na wysokim poziomie, a rywale mają coraz większe problemy ze stwarzaniem sytuacji pod bramką Trójkolorowych.

Z drugiej strony coraz wyraźniej widać, że samą organizacją gry nie da się wygrywać wszystkich spotkań. Górnik potrafi zneutralizować przeciwnika, ale coraz trudniej przychodzi mu zadanie decydującego ciosu.

Można oczywiście tłumaczyć to zmęczeniem, intensywnym terminarzem czy dobrą postawą rywali. Tyle że cztery kolejne remisy i zaledwie dwa zdobyte gole to już sygnał ostrzegawczy. Szczególnie dla zespołu, który zamierza walczyć o najwyższe cele.

Największy wygrany? Kolejorz

Bezbramkowy podział punktów w Zabrzu ma jeszcze jednego beneficjenta. I to prawdopodobnie największego.

Lech Poznań może tylko zacierać ręce. Remis dwóch bezpośrednich konkurentów oznacza, że Kolejorz otrzymał doskonałą okazję do powiększenia przewagi nad oboma rywalami. Warunek jest jeden: zwycięstwo w sobotnim spotkaniu z Wisłą Kraków.

Klasyk przy Roosevelta pokazał, że zarówno Górnik, jak i Legia potrafią być znakomicie zorganizowane, odpowiedzialne i konsekwentne. Obie drużyny mają jednak sporo do poprawienia w grze ofensywnej.

Bo choć defensywa może zapewnić spokój, to do zdobywania mistrzostwa potrzebne są również bramki. A tych w piątkowy wieczór zabrakło całkowicie.

GŁOS CZYTELNIKÓW

DYSKUSJA.

GŁOS CZYTELNIKÓW

DYSKUSJA.

0 komentarzy
0 komentarzy

Na razie cisza. Rozpocznij dyskusję!