Farba do włosów potrafi zamaskować siwiznę. Dobra dieta, regeneracja i sztab specjalistów mogą jeszcze przez jakiś czas oszukiwać metrykę, ale nie wynaleziono preparatu, który cofnie organizmowi dziesięć lat.
Robert Lewandowski ma 38 lat i chyba coraz częściej trzeba o tym mówić wprost. Nie po to, żeby go obrażać ani wymazywać gole, rekordy i wszystkie te wieczory, kiedy reprezentację Polski właściwie brał na plecy i sam zanosił ją tam, gdzie bez niego prawdopodobnie nigdy by się nie znalazła.
Lewandowski jest najlepszym polskim piłkarzem w historii. Dla mnie tutaj naprawdę nie ma o czym dyskutować. Problem w tym, że nawet największym kiedyś kończy się paliwo.
Przez kilkanaście lat przyzwyczailiśmy się, że gdy reprezentacja nie wiedziała, co zrobić z piłką, rozwiązanie było proste. Szukać Lewego, dośrodkować do Lewego, zagrać do Lewego i liczyć, że coś wymyśli. Czasami rzeczywiście wymyślał, czasami robił coś z niczego, a czasami dzięki niemu przeciętna reprezentacja wyglądała jak drużyna, która naprawdę może zrobić coś dużego.
I właśnie dlatego tak trudno powiedzieć dzisiaj: Robert, wystarczy.
Wdzięczność miesza się z sentymentem, ale reprezentacja nie może być muzeum zasług. Nie gra się w niej za gole strzelone osiem lat temu, za Bayern, Barcelonę, pięć bramek w dziewięć minut ani za kolejne Złote Buty. Gra się za to, co można dać drużynie dzisiaj.
A Lewandowski coraz częściej nie jest już tym człowiekiem, który podnosi poziom reprezentacji. Coraz częściej to reprezentacja musi dostosowywać się do niego. To naturalne, bo peselu nie da się przedryblować.
Jest jeszcze jeden problem, o którym mówi się znacznie rzadziej. Sama obecność Lewandowskiego potrafi zmienić sposób myślenia młodszych zawodników. Momentami wygląda to tak, jakby na boisku nie grali wyłącznie przeciwko rywalowi, ale także z myślą: „muszę podać Robertowi”. Zamiast spróbować strzału, szukają jeszcze jednego zagrania. Zamiast wejść w drybling, patrzą, gdzie jest numer dziewięć. Jakby zmarnowanie akcji było mniejszym grzechem niż niezagranie piłki do legendy.
Może to nawet nie jest wina samego Lewandowskiego. To efekt jego pozycji. Obok młodego chłopaka, który dopiero próbuje znaleźć swoje miejsce w poważnej piłce, stoi człowiek, który wygrał niemal wszystko, grał w największych klubach świata, zdobywał setki bramek i od lat funkcjonuje na kompletnie innym poziomie sportowym, finansowym i medialnym. Multimilioner, globalna marka, kapitan i żywa legenda polskiej piłki. Trudno udawać, że taki status nie tworzy w szatni i na boisku żadnego kontrastu.
I właśnie ten kontrast czasami szkodzi. Bo reprezentacja powinna wychowywać kolejnych liderów, a nie kolejnych ludzi patrzących, czy lider jest zadowolony. Młody zawodnik musi mieć prawo zepsuć akcję, podjąć złą decyzję, uderzyć zamiast podać do Lewandowskiego i nie zastanawiać się przez następne trzy minuty, czy właśnie zawiódł człowieka, którego jeszcze kilka lat temu oglądał w telewizji.
Dopóki wszystko obraca się wokół Roberta, dopóty trudno naprawdę sprawdzić, kto potrafi wziąć odpowiedzialność po nim.
I jasne, nie jest wykluczone, że już w następnym meczu Lewandowski strzeli gola. Może nawet dwa. Być może znowu przez kilka dni będzie bohaterem, a wszystkie wątpliwości zostaną przykryte nagłówkami o tym, że „Lewy jeszcze nie powiedział ostatniego słowa”. Tylko że właśnie nie o to chodzi. Reprezentacja nie może planować przyszłości od jednego przebłysku do następnego. Musi wreszcie zacząć budować coś, co będzie działało także wtedy, gdy Lewandowskiego już nie będzie.
Bo największym problemem nie jest dziś pytanie, czy Robert wciąż potrafi zdobyć bramkę. Oczywiście, że potrafi. Pytanie brzmi, czy kolejne miesiące uzależniania kadry od 38-letniego napastnika przybliżają nas do czegokolwiek. Każde zgrupowanie powinno być również inwestycją w przyszłość, a jeśli wciąż wszystko kręci się wokół Lewego, to kiedy właściwie mamy znaleźć jego następców? W wieku 40 lat? Po ostatnim meczu? Wtedy będzie już za późno.
Można świetnie się prowadzić, wyglądać kapitalnie i mieć profesjonalizm, którego przez lata powinno uczyć się od Lewandowskiego. Nóg nie da się jednak pomalować farbą do włosów. Refleksu, dynamiki i szybkości także nie da się oszukiwać bez końca.
Nie ma w tym niczego kompromitującego. Kompromitujące byłoby raczej udawanie, że czas się zatrzymał.
Najwięksi sportowcy zawsze stają przed najtrudniejszym przeciwnikiem w karierze. Nie przed Realem, Francją czy Niemcami, ale przed lustrem. Trzeba spojrzeć w nie i odpowiedzieć sobie na bardzo niewygodne pytanie: czy ciągle jestem tutaj dlatego, że naprawdę pomagam drużynie, czy dlatego, że trudno mi wyobrazić sobie drużynę beze mnie?
Lewandowski nie musi już niczego polskiej piłce udowadniać. Nie potrzebuje kolejnych kilku występów, żeby ktoś za dwadzieścia lat powiedział, że był wielki. Jego miejsce w historii jest zabezpieczone lepiej niż sejf w banku.
Może natomiast zrobić coś jeszcze, być może znacznie ważniejszego niż strzelenie kolejnego gola reprezentacji.
Robert Lewandowski przez lata miał w polskiej piłce pozycję, jakiej nie miał nikt. Jego nazwisko zna cała Europa, jego słowa cytowane są w Niemczech, Hiszpanii i Polsce, a PZPN nie może potraktować go jak kolejnego niezadowolonego kibica z Twittera.
Skoro więc boiskowa misja powoli dobiega końca, może czas rozpocząć inną?
Może właśnie Lewandowski powinien głośno powiedzieć to, czego od lat boi się powiedzieć większość środowiska. Że polska piłka potrzebuje zmian, że kolejne kompromitacje nie mogą być przykrywane konferencją prasową i opowieścią o wyciąganiu wniosków, a reprezentacja nie może funkcjonować jak prywatny folwark działaczy. Wreszcie, że PZPN powinien służyć polskiej piłce, a nie odwrotnie.
Kto ma o tym powiedzieć, jeśli nie on?
Młody reprezentant będzie się bał. Trener będzie kalkulował. Działacz będzie milczał, bo za chwilę może potrzebować telefonu do innego działacza. Lewandowski nie musi już bać się nikogo i właśnie dlatego może być polskiej piłce potrzebny bardziej po zejściu z murawy niż przez kolejne miesiące biegania po niej.
Robert, zrobiłeś dla tej reprezentacji więcej niż ktokolwiek. Teraz być może możesz zrobić dla polskiej piłki jeszcze jedną wielką rzecz: powiedzieć sobie dość, a później powiedzieć głośno kilka rzeczy tym, którzy od lat powinni je usłyszeć.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz