Miał być klasyk i był klasyk. Były gole, emocje, czerwona kartka, nerwowa końcówka i ponad pół godziny bronienia wyniku w dziesiątkę. Górnik Zabrze pokonał Wisłę Kraków 2:1 i po trzech ligowych spotkaniach nadal ma na koncie komplet punktów. Szkoda tylko, że momentami zamiast piłkarzy w centrum wydarzeń znajdował się arbiter.
Niedzielny wieczór przy Roosevelta miał wszystko, czego można było oczekiwać po spotkaniu dwóch wielkich marek polskiej piłki. Pełne trybuny, wysoka temperatura na boisku i mecz, który wraz z upływem minut coraz bardziej wymykał się z ram spokojnego ligowego grania.
A przecież to goście jako pierwsi mogli uciszyć Roosevelta.
W 10. minucie Wisła przeprowadziła akcję prawą stroną, po której piłka trafiła w pole karne wprost na głowę Jordiego Sáncheza. Napastnik Białej Gwiazdy uderzył z bliskiej odległości i właściwie już mógł szykować się do celebracji.
Wtedy jednak Philipp Schulze zamienił się w człowieka z dodatkowym kompletem kończyn.
Niemiecki bramkarz w niewiarygodny sposób odbił strzał głową Sáncheza, a po chwili zdołał jeszcze dopaść do piłki i złapać ją tuż przed linią bramkową. To była interwencja z kategorii tych, po których napastnik przez kilka sekund zastanawia się, czy właśnie nie został oszukany przez prawa fizyki.
Gol wisiał w powietrzu. Schulze po prostu nie pozwolił mu spaść do bramki.
Górnik odpowiedział kilkanaście minut później. Zabrzanie zaczęli coraz odważniej pojawiać się pod polem karnym Wisły i w 27. minucie dopięli swego. Po zamieszaniu pod bramką najlepiej odnalazł się Lukáš Sadílek, dając gospodarzom prowadzenie
Wisła nie przyjechała jednak do Zabrza wyłącznie podziwiać atmosfery na Roosevelta. Biała Gwiazda potrafiła odpowiedzieć, a jeszcze przed przerwą blisko wyrównania był Ángel Rodado. Górnik zszedł jednak do szatni z jednobramkową zaliczką.
Kilka minut, które wywróciły mecz
Po przerwie wydarzenia przyspieszyły tak, jakby ktoś wcisnął przycisk przewijania.
W 53. minucie Maksym Chłań kapitalnie uderzył bezpośrednio z rzutu wolnego i Łubik po raz drugi musiał wyciągać piłkę z siatki. 2:0. Wydawało się, że Górnik właśnie ustawia sobie ten mecz pod własne dyktando.
Nic bardziej mylnego.
Minęły zaledwie dwie minuty. Piłka po akcji Wisły odbiła się od poprzeczki, a Jordi Sánchez znalazł się tam, gdzie powinien znaleźć się napastnik. 2:1 i klasyk rozpoczął się właściwie od nowa.
A minutę później zrobiło się jeszcze ciekawiej.
Sondre Liseth zobaczył drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Górnik miał przed sobą ponad pół godziny gry w osłabieniu.
Od tego momentu nie było już mowy o spokojnym kontrolowaniu spotkania. Trzeba było cierpieć.
Gwizdek zdecydowanie zbyt często w roli głównej
Osobny akapit należy się pracy Damiana Sylwestrzaka. Niestety nie dlatego, że był niewidoczny.
Sędzia od początku ustawił bardzo niski próg przewinienia. Gwizdał praktycznie każdy mocniejszy kontakt, często przerywał grę i szybko zaczął sięgać do kieszonki. Mecz, który miał potencjał, aby być szybkim i intensywnym widowiskiem, momentami był zwyczajnie szatkowany kolejnymi przerwami.
To nie tylko wrażenie z trybun. Oficjalne statystyki Ekstraklasy mówią o 33 odgwizdanych faulach – 16 po stronie Górnika i 17 Wisły. Do tego doszło pięć żółtych kartek oraz czerwona dla Lisetha.
Oczywiście część kar była jak najbardziej do obrony. Problemem był jednak brak płynności i sposób prowadzenia spotkania. Przy niemal każdym starciu można było spodziewać się gwizdka, a piłkarze szybko zorientowali się, że granica dopuszczalnego kontaktu została ustawiona wyjątkowo nisko.
W meczu o takim ciężarze gatunkowym arbiter powinien pozwolić zawodnikom grać. Tutaj zdecydowanie zbyt często sam stawał się jednym z głównych bohaterów widowiska.
Wisła naciskała. Górnik wytrzymał
Po czerwonej kartce obraz spotkania był już łatwy do przewidzenia. Wisła przejęła piłkę i spychała gospodarzy coraz głębiej.
Statystyki są pod tym względem bezlitosne: Biała Gwiazda zakończyła mecz z 64 procentami posiadania piłki, oddała 16 strzałów przy dziewięciu Górnika i wypracowała xG na poziomie 1,64. Zabrzanie po wyrzuceniu Lisetha musieli przede wszystkim bronić tego, co wcześniej sobie wypracowali.
I zrobili to skutecznie.
Wisła próbowała. Jordi Sánchez uderzał przewrotką, Rodado szukał swojej okazji, a w 90. minucie Alan Uryga był centymetry od wyrównania.
Chwilę później można było odetchnąć.
2:1. Koniec. Trzy punkty zostają przy Roosevelta.
Nie było to zwycięstwo efektowne przez pełne 90 minut. Nie mogło być, skoro dużą część drugiej połowy Górnik rozgrywał w dziesiątkę. Było za to zwycięstwo wywalczone. Wydarte. Takie, które w maju może ważyć dokładnie tyle samo, co wysokie i efektowne triumfy.
Po trzech rozegranych spotkaniach zabrzanie mają dziewięć punktów i komplet zwycięstw. W tabeli są drudzy, mając rozegrany mecz mniej od prowadzącej Legii Warszawa.
Trzy nazwiska, które zostały w pamięci
Peter Federico znów wyglądał momentami tak, jakby Ekstraklasa była dla niego zwyczajnie za ciasna. Wychowanek Realu Madryt imponował dynamiką, brał na siebie pojedynki, groźnie uderzał z rzutu wolnego, pomagał w defensywie, a kiedy Górnik musiał bronić wyniku w osłabieniu, to właśnie jego szybkość była jednym z najważniejszych argumentów przy kontratakach. Jeśli utrzyma obecną dyspozycję, może bardzo szybko wyrosnąć na jedną z największych gwiazd naszej ligi.
Coraz więcej jakości daje zabrzanom również Kacper Urbański. Reprezentant Polski kolejny raz pokazał spokój z piłką, technikę, drybling i umiejętność znalezienia miejsca tam, gdzie chwilę wcześniej wydawało się go nie być. Nie zawsze musi strzelać czy asystować, żeby było widać, jak dużą różnicę potrafi zrobić – Górnik z Urbańskim przy piłce po prostu wygląda na zespół bardziej świadomy i dojrzalszy.
Po drugiej stronie trudno pominąć Jordiego Sáncheza. Hiszpan już w 10. minucie był o kapitalną interwencję Schulzego od gola, ale dopiął swego po przerwie, zdobywając kontaktową bramkę na 2:1. To jego piąte trafienie w czterech pierwszych kolejkach Ekstraklasy – przed przyjazdem do Zabrza jako jedyny zawodnik ligi trafiał do siatki w każdej kolejce i miał na koncie cztery gole. Serię podtrzymał również przy Roosevelta.
Zobacz ten mecz naszymi oczami
Klasyk przy Roosevelta obserwowaliśmy nie tylko z trybuny prasowej, gdzie spotkanie śledził Dawid Kuca. Przy murawie pracowało również dwóch naszych fotoreporterów, dlatego tym razem możemy pokazać Wam to spotkanie z dwóch różnych perspektyw.
Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji Polskiego Zwierciadła Futbolu z meczu Górnik Zabrze – Wisła Kraków.
Pierwszą przygotował Mateusz Pytlik, drugą Mikołaj Stokowski. Dwie galerie, dwa spojrzenia i kilkadziesiąt kadrów z wieczoru, w którym przy Roosevelta zdecydowanie nie brakowało emocji.
Górnik Zabrze – Wisła Kraków 2:1 (1:0)
Bramki: Lukáš Sadílek 27′, Maksym Chłań 53′ – Jordi Sánchez 55′
Czerwona kartka: Sondre Liseth 56′
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.








Dodaj komentarz