W 17. kolejce Ekstraklasy byliśmy świadkami pojedynku Arki Gdynia z Rakowem Częstochowa. Choć oba zespoły mają w tym sezonie inne cele, dla trenera Arki, Dawida Szwargi, było to spotkanie wyjątkowe. Starcie z mistrzem i mentorem, Markiem Papszunem, miało być okazją do udowodnienia własnych umiejętności. Zamiast sportowej rywalizacji obejrzeliśmy jednak bolesny blamaż gospodarzy. Porażka 1:4 nie tylko obnażyła różnice poziomów, ale także niebezpiecznie przybliżyła Arkę do strefy spadkowej.
Od pierwszych minut Arkowcy ruszyli odważnie na ekipę spod Jasnej Góry, chcąc za wszelką cenę zatrzymać w Gdyni komplet punktów. Wszystko układało się poprawnie do momentu pierwszego ciosu Rakowa. Po płaskim zagraniu Lamine’a Diaby-Fadigi piłka trafiła w środek bramki, a mimo to wpadła do siatki. Była to bardzo słaba interwencja Damiana Węglarza, bramkarza, który na co dzień nie kojarzy się z takimi błędami.
Chwilę później Raków mógł podwyższyć prowadzenie. Adriano Amorim był bliski zdobycia bramki, jednak jego strzał zatrzymał się na poprzeczce. Od około 30. minuty mecz zaczął się jednak wymykać spod kontroli gości, a coraz więcej do powiedzenia miała Arka. Przewaga w posiadaniu piłki nie przełożyła się jednak na klarowne sytuacje.
Kluczowy moment pierwszej połowy nastąpił w 38. minucie. Były zawodnik Korony Kielce fatalnie zachował się w defensywie, brutalnie faulując Adriano Amorima. Arbiter bez wahania sięgnął po czerwoną kartkę. Od 39. minuty Arka grała w osłabieniu, co stało się wodą na młyn dla zespołu Marka Papszuna.
Jeszcze przed przerwą Raków bezlitośnie wykorzystał przewagę. W 44. minucie, po rzucie wolnym, Michał Ameyaw popisał się efektownym centrostrzałem, po którym piłka wpadła do siatki na 2:0. To była kolejna sytuacja, w której Węglarz mógł zachować się lepiej. Gdy wydawało się, że do przerwy wynik już się nie zmieni, nadeszła 47. minuta. Jonatan Braut Brunes oddał kapitalny strzał zza pola karnego, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:0. Już wtedy stało się jasne, kto panuje na boisku — zarówno taktycznie, jak i piłkarsko.
Druga część spotkania rozpoczęła się zgodnie z przewidywaniami, od dominacji gości. Szybko padła czwarta bramka, ponownie po indywidualnym błędzie Damiana Węglarza. Strzelcem był znów Jonatan Braut Brunes, który tym trafieniem umocnił się na pozycji jednego z najlepszych strzelców ligi.
Na trybunach nie było już wątpliwości co do losów meczu, jednak Arka zdołała zdobyć honorowe trafienie. Marc Navarro bezpośrednio z rzutu wolnego, efektownym uderzeniem w samo okienko, zdobył bramkę zmniejszając prowadzenie Rakowa do 4:1. W dalszej fazie spotkania obie drużyny stworzyły jeszcze kilka okazji, a bliżej kolejnych goli był Raków. Tym razem jednak Węglarz dwukrotnie uratował swój zespół przed stratą kolejnych bramek. Mecz zakończył się jednak wysoką i w pełni zasłużoną porażką Arki 1:4.
W drużynie z Częstochowy na szczególne wyróżnienie zasługuje Jonatan Braut Brunes, choć trzeba podkreślić, że cały zespół zaprezentował się znakomicie. Raków zdominował Arkę, która — poza stałymi fragmentami gry — nie miała zbyt wielu argumentów w ofensywie.
Po tej kolejce Raków Częstochowa zbliżył się do ligowej czołówki. Wyprzedził Radomiak Radom i zajmuje obecnie 4. miejsce w tabeli z dorobkiem 26 punktów, tracąc cztery oczka do lidera, którym jest Górnik Zabrze. Z kolei Arka Gdynia zgromadziła 18 punktów, tyle samo co m.in. Legia Warszawa. Oba zespoły znajdują się niebezpiecznie blisko strefy spadkowej, choć Legia nie rozegrała jeszcze swojego meczu.
W następnej kolejce Arka Gdynia zmierzy się na Stadionie Miejskim w Gdyni z Motor Lublin. Raków Częstochowa podejmie natomiast przy ul. Limanowskiego 83 zespół GKS Katowice.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Miłosz Maliński
W pierwszym zdaniu są dwa błędy: „pojedynek Arka Gdynia z Raków Częstochowa”. Piotrze, koniecznie popracuj nad swoimi tekstami.