Quo vadis, Ekstraklaso?

Quo vadis, Ekstraklaso?

Polak staje się w Ekstraklasie gatunkiem zagrożonym. Już dziś w naszej lidze występuje więcej obcokrajowców niż zawodników z polskim paszportem. Jeśli ten niepokojący trend się utrzyma, za dekadę naszych rodaków w krajowej elicie będziemy szukać… pod lupą.

 

Czy naprawdę chcieliśmy, by krajowa elita składała się w blisko połowie z zawodników zagranicznych? Jeszcze kilkanaście lat temu tak znacząca liczba, w większości przeciętnych, obcokrajowców była nie do pomyślenia. Osiemdziesiąt procent piłkarzy, którzy w latach dwutysięcznych przybywali nad Wisłę, prezentowało ponadprzeciętne umiejętności, waleczność i profesjonalizm, zdobywając przy tym dużą sympatię kibiców. A dziś? Większość obcokrajowców trafiających do Ekstraklasy gra słabo, bez zaangażowania i profesjonalizmu, czyli tego, co cechowało ich poprzedników. Tacy zawodnicy szybko zyskują łatkę „szrotu”, sprowadzonego do Polski za grosze, jedynie po to, by minimalnym kosztem „wzmocnić” daną pozycję.

 

Oczywiście i od tej reguły są wyjątki. Trafiają się bowiem piłkarze tacy jak… Josue. Portugalczyk w Legii prezentował to, co wyróżniało obcokrajowców w latach dwutysięcznych: wysokie umiejętności, determinację i profesjonalizm. Efekt? Ofensywny pomocnik szybko stał się idolem trybun, zawodnikiem, dla którego przychodzi się na mecze. Zawodnik już po odejściu z warszawskiego klubu, podczas jednego z meczów, został zaproszony na „Żyletę”, czyli sektor dla najbardziej zagorzałych kibiców. To pokazuje, jak dużym uznaniem cieszył się Josue. Oprócz niego pozytywnie w pamięci polskich fanów zapisali się m.in. Flavio Paixao, Mikael Ishak i Ryoya Morishita. Da się? Da się. Trzeba tylko i aż chcieć.

 

Zawodników, którzy podchodzą pod „szrot” w Ekstraklasie, można by wymieniać bez końca. Spośród 252 obcokrajowców od stu do stu pięćdziesięciu nie dorasta do poziomu ligi. Oprócz nich można wyróżnić dwie grupy: solidniaków i kozaków. Jedną z największych wylęgarni „szrotu” jest Piast Gliwice, którego kadra składa się w blisko sześćdziesięciu procentach z obcokrajowców. Gdyby ci zawodnicy prezentowali się przynajmniej solidnie, nikt by się nie czepiał. Trudno jednak pozostać obojętnym wobec występów Hugo Vallejo, Quentina Boisgarda czy Jasona Lokilo.

 

Hugo Vallejo trafił do Piasta wprost z drugiej ligi hiszpańskiej. W barwach Hueski 25-letni napastnik regularnie zawodził, minione rozgrywki kończąc z dwoma golami w blisko trzydziestu meczach. To pokazuje, jak niski potencjał transferowy ma Ekstraklasa. Dyrektorzy sportowi zagranicznych, zwłaszcza hiszpańskich klubów, przyjęli najwyraźniej strategię, że zawodników, którzy z jednej strony zawodzą, a z drugiej generują wydatki, można łatwo wytransferować do Polski. Dlaczego Hiszpania? Ponieważ to właśnie z tego kraju, zaraz po Polakach, pochodzi najwięcej piłkarzy w naszej lidze (31). Gdy prześledzimy ich losy, zauważymy, że praktycznie każdy z nich trafił do Ekstraklasy z drugiej lub trzeciej ligi. W takich rozgrywkach występują co prawda ,,perełki”, ale dyrektorów sportowych z Polski zadanie w postaci ich ściągnięcia często przerasta.

 

Często śmieszne jest to, że obcokrajowcy sprowadzeni do Polski z niższych lig w Hiszpanii, za zbyt wysokie kwoty, myślą, że są… wielkimi gwiazdami ligi. Widać to nie tylko po ich zachowaniu na boisku, ale także w wypowiedziach dziennikarzy związanych z klubem. „Problem z Rodriguezem jest głębszy. W jego przypadku nie chodzi tylko o umiejętności czysto sportowe. Hiszpański pomocnik uważa się za jakąś gwiazdę, kogoś lepszego […]. Mimo to Hiszpan nie został jeszcze skreślony. Będą mecze, w których dostanie szansę, być może w końcu zaliczy jakieś liczby, ale z przyczyn pozasportowych raczej nie należy przywiązywać do niego większej wagi” – czytamy na łamach portalu KKSLech.com.

 

„Szrot” do polskiej elity napływa z każdej możliwej strony. Motor Lublin za Mbaye Ndiaye wydał niemałe pieniądze, a napastnik w minionej rundzie trafił do siatki tylko dwukrotnie. Ze „szrotem” mają do czynienia również m.in. w Lubinie (za sprawą Ludviga Fritzsona), Radomiu (mowa o Jeremy’m Blasco) i Warszawie (dotyczy m.in. Ernala Krasniquiego). Zresztą mizernej klasy obcokrajowców można spotkać w każdym klubie Ekstraklasy. Najgorsze jest to, że z czasem takich zawodników będzie coraz więcej. Do Ekstraklasy trafia aktualnie więcej graczy z zagranicy niż Polaków. W zimowym okienku transferowym jedynym zawodnikiem posiadającym polski paszport, który na mocy transferu definitywnego zasilił ekstraklasową drużynę, jest Mariusz Stępiński. Na poprawę humoru można jednak zakomunikować, że naszą ligę w ostatnich dniach lub tygodniach opuściło kilku graczy niedojeżdżających poziomem: to między innymi Ranyer, Ian Hoffman i Guliherme Zimovski. Ponadto, Pogoń Szczecin skróciła wypożyczenie młodego bramkarza, Axela Holewińskiego. Oznacza to, że w Ekstraklasie pojawi się kolejny utalentowany golkiper. Realnie patrząc, ciężko powiedzieć, że Holewiński z miejsca wywalczy sobie pierwszy skład w szczecińskiej drużynie.

 

Nawet te ruchy nie są w stanie odwrócić niebezpiecznego trendu polegającego na sprowadzaniu – powiem bez ogródek – słabych zawodników. O tym, że będzie ich coraz więcej, opowiem poniżej.

 

Przykładowe gatunki zagrożone wyginięciem: słoń afrykański, norka europejska i… Polak w Ekstraklasie.

Na skupowaniu „szrotu” z zagranicy cierpią Polacy. Ci często, mimo całkiem wysokich umiejętności, mają problem, by załapać się do wyjściowej jedenastki. Druzgocącą statystykę przekazał ostatnio dziennikarz TVP Sport, Dominik Pasternak, za pośrednictwem portalu „X”: „W trwającym sezonie PKO BP Ekstraklasy wystąpiło 451 zawodników. 248 z nich to obcokrajowcy (55%)”. Oznacza to nic innego, jak fakt, że podczas meczów Ekstraklasy na boisku zazwyczaj znajduje się więcej obcokrajowców niż Polaków – i to aż o dziesięć procent.

 

Wiele wskazuje, że dysproporcja między liczbą Polaków a obcokrajowców będzie jedynie narastać. Spójrzmy na dane: dekadę temu, w sezonie 2015/16, po rundzie jesiennej mieliśmy w Ekstraklasie 109 zawodników bez polskiego paszportu. Aktualnie liczba ta wynosi nieco ponad 270. Oznacza to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia liczba graczy zza granicy w krajowej elicie powiększyła się o blisko 160. Na tej podstawie można zauważyć również ewolucję trendów.

 

W 2015 roku spośród wszystkich obcokrajowców najwięcej, bo aż 24, stanowili Słowacy. Teraz, zaraz po Polakach, najwięcej jest Hiszpanów – 32. Trendy na rynku transferowym ewoluują, niestety w naszym przypadku pozostają niekorzystne dla rozwoju młodych zawodników. To właśnie oni w tym wszystkim są najbardziej stratni. Jako przykład weźmy Kamila Cybulskiego. Lewy napastnik w minionym sezonie był ważną postacią Widzewa Łódź. Latem klub z Łodzi, dzięki znacznemu zastrzykowi gotówki, wykonał kilka wzmocnień – w tym na pozycję, na której w poprzednim sezonie występował 20-latek. Efekt? Zawodnik stracił miejsce nie tylko w składzie, ale i na ławce rezerwowych.

 

Nie pomaga nawet przepis o młodzieżowcu. Kluby wolą stawiać na starszych, bardziej doświadczonych zawodników, którzy – jak się okazuje – nie posiadają zbyt dużych umiejętności. Nie przekonuje też fakt, że Cybulski, w przeciwieństwie do 27- czy 28-letnich graczy z różnych zakątków Europy, posiada całkiem spory potencjał sprzedażowy.

 

Ze skrajności w skrajność. Bogatsze kluby, jak na przykład Widzew Łódź, starają się sprowadzać zawodników za znacznie większe kwoty. Czasem nawet zbyt wysokie, zważywszy na formę i jakość sprowadzanych piłkarzy. Do Łodzi trafił ostatnio Osman Bukari – napastnik, który w minionym sezonie MLS w ponad trzydziestu meczach zdobył zaledwie trzy gole. Pojawia się więc pytanie, do czego właściwie służą szerokie działy skautingu, skoro namawiają zarząd na wydanie pięciu „baniek” na nieskutecznego napastnika z Ameryki?

 

Szczerze mówiąc, wolę ponadmilionowe transfery z udziałem Patryka Makucha niż takich zawodników jak Bukari czy Gholizadeh. Dlaczego? Makuch to Polak, jest ograny i sprawdzony na polskim podwórku; wiemy, czego po nim można się spodziewać. Tak, wiem, to co napisałem wyżej jest nieco prowokacyjne.

 

Quo vadis, Ekstraklaso? Niestety wydaje się, że kierunek jest nieodpowiedni. Oczywiście nie chcę popadać ze skrajności w skrajność. Chcę oglądać obcokrajowców na polskich boiskach, ale nie w takim natężeniu. Przykładem powinni być Norwedzy. Procent obcokrajowców w Eliteserien wynosi zaledwie 30%. W ekipie grającego w Lidze Mistrzów Bodo/Glimt znajduje się tylko pięciu zawodników bez norweskiego paszportu. Da się? Da się. Wystarczy tylko chcieć.

 

Dyrektorzy sportowi i prezesi w Polsce co prawda chcą, ale… oszczędzać. W ramach zakończenia tego krótkiego, ale mam nadzieję treściwego felietonu, chciałbym na nowy rok życzyć im wszystkim zmiany podejścia, wyjęcia z kieszeni przysłowiowego „syczącego węża” i uczynienia polskiej ligi bardziej… polską. Poza tym życzę zarówno im, jak i Wam zdrowia, szczęścia i pomyślności w nowym, 2026 roku.

Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *