Jagallonia jednym kroczkiem w pucharach.

Jagallonia jednym kroczkiem w pucharach.

Mecze o stawkę rzadko kiedy są spokojne — zwłaszcza w sezonie, w którym wszystko rozstrzyga się w detalach. To właśnie w takich spotkaniach rodzą się nieoczywiści bohaterowie, piłkarze z drugiego planu, którzy potrafią nagle wejść w światło reflektorów i odmienić losy rywalizacji. Dziś taki scenariusz napisali zawodnicy Jagiellonii. Raków natomiast, mimo fragmentami wyraźnej dominacji, nie znalazł w sobie tej jednej postaci, która w decydującym momencie przechyliłaby szalę i nie pozwoliła gościom wywieźć kompletu punktów.

Ogólnie był to dobry mecz. Kibice, którzy oczekiwali przede wszystkim odważnej i bezpośredniej gry, nie mogli czuć się zawiedzeni. Gra w przyszłorocznych europejskich pucharach była dla obu drużyn niezwykle łakomym kąskiem. Niestety dla Lamine’a Diaby-Fadigi spotkanie zakończyło się już w 10. minucie. Gwinejczyk przy próbie dryblingu złapał się za udo i zasygnalizował brak możliwości kontynuowania gry. Na boisku zastąpił go Tomasz Pieńko. Po kilku mniej groźnych strzałach gości do konkretów przeszła ekipa gospodarzy. W 19. minucie Johannes Braut-Brunes wyłożył piłkę wbiegającemu przed pole karne Marko Bulatowi, jednak Chorwat minimalnie chybił. Po chwili i Patryk Makuch miał swoje okazję do otwarcia wyniku — najpierw uderzył prosto w Abramowicza, a następnie, po dobrym podaniu od Amorima, nie trafił w światło bramki. 

Worek z bramkami w 35. minucie rozwiązała jednak Jagiellonia. Świetne dośrodkowanie z rzutu rożnego Sergio Lozano perfekcyjnie wykorzystał Yuki Kobayashi. Cichym bohaterem tej akcji był Taras Romańczuk, który idealnie pokierował Japończykiem dla którego był to pierwszy gol w obecnym sezonie Ekstraklasy. Raków do końca pierwszej połowy szukał jeszcze wyrównania, ale po mocnym strzale Brunesa świetnie interweniował Sławomir Abramowicz.

Na drugą połowę Raków wyszedł naładowany i natychmiast ruszyli do odrabiania strat. Ba, trzy groźne sytuacje w przeciągu pięciu minut świadczą o tym idealnie. Naciski gospodarzy nie ustawały i już w 56 minucie na przeciw pustej bramki stanął Oskar Repka, jednak piłka odbiła się od uda i w nieznany filozofom sposób powędrowała nad poprzeczkę. 

Dominacja Rakowa trwała w najlepsze, ale niewiele z niej wynikało. Gospodarze prowadzili grę, jednak to Jagiellonia była konkretniejsza — jakby jedni rozdawali karty, a drudzy zgarniali żetony.

Dawid Kroczek postanowił zagrać va banque, wzmacniając ofensywę Ivim Lópezem i Leonardo Rochą. Czas uciekał, a Europa odjeżdża. Kolejne minuty nie przyniosły wielu konkretów, a jedyną próbę z dystansu podjął Rocha, minimalnie mijając słupek. Goście byli zmuszeni do — o ironio — obrony Częstochowy we własnym polu karnym, które raz po raz było zasypywane wrzutkami przez ekipę „Medalików”. Gdy dla większości pachniało golem dla Rakowa, sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Kajetan Szmyt. Po idealnym przyjęciu i perfekcyjnej dwójkowej akcji z Nahuelem stanął oko w oko z Trelowskim i umieścił piłkę w siatce. To dopiero drugi gol Polaka w obecnym sezonie Ekstraklasy, ale o jakiej wadze i estetyce.

Jak wspomniałem na wstępie, takie mecze kochają nieoczywistych bohaterów. Gola który prawdopodobnie melduje Jagiellonie w przyszłym sezonie europejskich pucharów zdobywa duet, który w obecnym sezonie ma zaledwie 3 G/A. Zabawne jest więc to, że większość tej statystyki została wykręcona właśnie w tak kluczowym dla sezonu meczu. Archetyp tego i tak już pokręconego sezonu.

Dla Jagiellonii to cenne trzy punkty i ważna lekcja na przyszłość — zwłaszcza na mecze, w których przyjdzie im cierpieć przez dłuższe fragmenty gry. A Raków? Cóż, zamieszanie związane z zaskakującym zwolnieniem trenera Tomczyka dobrze podsumowuje ten naznaczony nieskutecznością mecz. Częstochowian czeka lato kluczowych decyzji, a dopiero przyszły sezon pokaże, czy przyniosą one oczekiwany efekt.

Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *