Jeszcze w 94. minucie Legia Warszawa przegrywała z Motorem Lublin 2:1 i wydawało się, że po raz drugi w ciągu kilku dni wróci ze stolicy Lubelszczyzny rozczarowana. Wtedy wydarzyło się coś, czego trudno było się spodziewać. Dwa gole 19-letniego Jakuba Żewłakowa w doliczonym czasie całkowicie odwróciły spotkanie. Legia wygrała 2:3 i zabrała do Warszawy trzy punkty. Wynik cieszy. Charakter również. Ale sama gra pozostawia mnóstwo pytań.
Cztery dni później miało być inaczej
Przed tym spotkaniem narracja właściwie pisała się sama.
We wtorek Legia przyjechała do Lublina na mecz Pucharu Polski i została rozbita 0:3.
Odpadła z rozgrywek już na pierwszej przeszkodzie.
Cztery dni później dostała od futbolu wyjątkowy prezent – możliwość natychmiastowego rewanżu.
Ten sam przeciwnik.
Ten sam stadion.
Tylko inne rozgrywki.
Można więc było oczekiwać Legii wściekłej. Agresywnej. Chcącej od pierwszych minut pokazać, że wtorkowe 0:3 było wypadkiem przy pracy.
Tymczasem przez pierwszych kilkadziesiąt minut zobaczyliśmy coś zupełnie innego.
Znowu trudno było na to patrzeć
Pierwsze 20 minut? Niewiele konkretów.
Gra toczyła się głównie w środku pola. Obie drużyny popełniały błędy, tempo nie porywało, a po Legii trudno było dostrzec drużynę, która cztery dni wcześniej dostała od tego samego rywala bolesną lekcję.
I chyba właśnie to może najbardziej niepokoić.
Nie oczekiwałem, że Legia od pierwszej minuty rzuci się do szaleńczego ataku.
Oczekiwałem jednak reakcji.
Większej intensywności.
Sportowej złości.
Sygnału: „Panowie, ostatnio dostaliśmy tutaj 0:3. Dzisiaj to się nie powtórzy”.
Tego przez długie fragmenty brakowało.
Legia wyglądała apatycznie.
Momentami przewidywalnie.
I zwyczajnie ciężko się ją oglądało.
Hindrich utrzymał Legię przy życiu
Co więcej, zanim Legia objęła prowadzenie, bardzo dużo pracy miał Otto Hindrich.
W 31. minucie dwukrotnie zatrzymał Fabio Ronaldo – najpierw obronił mocny strzał po ziemi, a chwilę później również jego dobitkę głową.
Motor potrafił znaleźć przestrzeń i zagrozić bramce Wojskowych.
Legia odpowiedziała w 39. minucie. Michal Ševčík świetnym podaniem uruchomił Jana Kuchtę, który znalazł się sam na sam z bramkarzem. Czech próbował efektownego podcięcia piłki.
Minimalnie przestrzelił.
I kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bez bramek, Legia dostała swoją szansę.
Augustyniak daje prowadzenie
W 44. minucie Ševčík dograł do Kuchty, a napastnik Legii został sfaulowany w polu karnym przez Bartosza Bereszyńskiego.
Jedenastka.
Do piłki podszedł Rafał Augustyniak.
Bez kombinowania.
Strzał w środek.
0:1.
Legia schodziła do szatni prowadząc.
I można było pomyśleć, że teraz wystarczy uspokoić spotkanie.
Kontrolować.
Poszukać drugiej bramki.
Zabrać trzy punkty do Warszawy i przynajmniej częściowo odpowiedzieć na pucharową kompromitację.
Tyle że po przerwie wszystko zaczęło się rozpadać.
Trzy minuty wystarczyły, żeby wszystko odwrócić
W 65. minucie Motor doprowadził do remisu.
Po dośrodkowaniu Kamila Lukoszka piłkę głową do bramki skierował Karol Czubak.
1:1.
Można stracić gola.
Problem w tym, co wydarzyło się później.
Minęły zaledwie trzy minuty.
Motor ponownie zaatakował.
Ndiaye zagrał za linię defensywy, a Czubak po raz drugi pokonał Hindricha.
2:1.
W ciągu trzech minut Legia z prowadzenia znalazła się na deskach.
I właśnie wtedy można było zadać sobie pytanie:
Naprawdę znowu?
Cztery dni wcześniej 0:3.
Teraz 2:1.
Z tym samym przeciwnikiem.
Na tym samym stadionie.
Mogło być po meczu
Legia ruszyła do przodu, ale długo niewiele z tego wynikało.
Co gorsza, w 80. minucie to Motor miał kapitalną okazję na zamknięcie spotkania.
Zoran Arsenić stracił piłkę przed własnym polem karnym. Aiko znalazł się sam na sam z Hindrichem.
I ponownie bramkarz Legii uratował drużynę.
Gdyby wtedy zrobiło się 3:1, prawdopodobnie byłoby po wszystkim.
To jest moment, o którym nie możemy zapominać tylko dlatego, że kilkanaście minut później Legia wygrała.
Końcowy wynik nie powinien przykrywać problemów.
Motor miał sytuację, żeby dobić Legię.
Nie wykorzystał jej.
I zapłacił za to najwyższą cenę.
13 minut nadziei
Regulaminowe 90 minut minęło.
Legia nadal przegrywała 2:1.
Wtedy sędzia techniczny pokazał tablicę.
13 minut doliczonego czasu.
Ogromnie dużo.
Ostatnia szansa.
I właśnie wtedy rozpoczęła się historia człowieka, którego jeszcze przed meczem raczej nikt nie typował na głównego bohatera wieczoru.
Jakub Żewłakow. Zapamiętajcie ten wieczór
19 lat.
Na murawie pojawił się w 71. minucie, zmieniając Mateusza Szczepaniaka.
W 95. minucie Legia wykonywała rzut rożny.
Augustyniak uderzył głową.
Gašper Tratnik odbił futbolówkę.
A metr przed bramką znalazł się Jakub Żewłakow.
Bez zastanowienia.
Piłka w siatce.
2:2.
Pierwszy ligowy gol młodego legionisty.
W normalnych okolicznościach można byłoby powiedzieć:
uratował punkt.
Ale Żewłakow nie skończył.
101. minuta. Jeszcze jeden cios
Motor chwilę później mógł ponownie objąć prowadzenie, ale Aiko raz jeszcze zatrzymał świetnie dysponowany Hindrich.
Legia dostała kolejne życie.
I wykorzystała je.
W 101. minucie Bartosz Kapustka odebrał piłkę na połowie Motoru.
Zagrał do Rubena Vinagre.
Portugalczyk wbiegł w pole karne i posłał piłkę wzdłuż bramki.
Tam czekał Żewłakow.
Strzał.
Gol.
2:3!
Kilka minut wcześniej Legia była o krok od porażki.
Teraz cały zespół świętował zwycięstwo.
Dwie bramki.
Obie w doliczonym czasie.
Pierwsze dwa ligowe gole Żewłakowa w barwach Legii.
Takich wejść z ławki się nie zapomina.
Bohater, którego Legia potrzebowała
Oczywiście po takim spotkaniu najwięcej mówić będziemy o Żewłakowie.
I słusznie.
19-latek wszedł z ławki i zrobił dokładnie to, czego oczekuje się od zawodnika rezerwowego – zmienił mecz.
Tylko że zrobił to w najbardziej spektakularny sposób.
Nie zdobył bramki na 4:0.
Nie trafił w spokojnym spotkaniu.
Wpakował do siatki dwie piłki w końcówce meczu, który Legia przegrywała.
Najpierw uratował punkt.
Potem dał trzy.
I właśnie takie wieczory mogą zmienić pozycję młodego zawodnika w drużynie.
Wynik 2:3 nie może przykryć wszystkiego
Teraz dochodzimy jednak do najważniejszego.
Legia wygrała.
I nie zamierzam odbierać zawodnikom tego zwycięstwa.
Wręcz przeciwnie.
Odwrócenie wyniku z 2:1 na 2:3 w doliczonym czasie wymaga charakteru.
Ta drużyna nie odpuściła.
Nie zaakceptowała porażki.
Walczyła do końca.
Za to należy ją pochwalić.
Ale byłoby błędem spojrzeć wyłącznie na wynik i powiedzieć:
„Wszystko jest dobrze”.
Nie jest.
Ta Legia nadal ma problem
Momentami gra Wojskowych była zwyczajnie apatyczna.
Brakowało tempa.
Brakowało płynności.
Były proste straty.
Motor potrafił tworzyć groźne sytuacje, a gdyby nie kilka bardzo dobrych interwencji Hindricha, końcówka mogłaby już nie mieć żadnego znaczenia.
Pamiętajmy też o szerszym kontekście.
W ciągu czterech dni Legia straciła z Motorem pięć bramek.
Najpierw przegrała 0:3.
Teraz wygrała 2:3.
To daje łącznie 5:3 dla Motoru w dwóch spotkaniach.
To powinno dawać do myślenia.
Ale charakteru tej drużynie odmówić nie można
I tutaj pojawia się druga strona medalu.
Możemy narzekać na styl.
Możemy analizować błędy.
Możemy zastanawiać się, dlaczego Legia przez tak długie fragmenty nie wygląda jak drużyna, która chce dominować Ekstraklasę.
Ale jednego po sobotnim meczu powiedzieć nie możemy.
Że się poddała.
Nie poddała się.
Przegrywała 1:2.
Dochodziła 95. minuta.
A mimo tego uwierzyła.
Najpierw 2:2.
Potem 2:3.
Marek Papszun po meczu podkreślał właśnie mentalność i grę do samego końca. Legia dzięki zwycięstwu ma już 15 punktów, podczas gdy Motor pozostał z pięcioma.
Takie zwycięstwa czasami potrafią znaczyć dla drużyny więcej niż spokojne 3:0.
Pod warunkiem, że później rzeczywiście pójdzie za nimi poprawa.
Trzy punkty zostają. Problemy również
I chyba właśnie tak najlepiej podsumować ten wieczór.
Wynik – świetny.
Charakter – ogromny.
Jakub Żewłakow – bohater.
Otto Hindrich – jeden z ludzi, bez których tego zwycięstwa prawdopodobnie by nie było.
Ale gra?
Nadal daleka od tego, czego powinniśmy oczekiwać od Legii Warszawa.
Można cieszyć się zwycięstwem i jednocześnie dostrzegać problemy.
Jedno nie wyklucza drugiego.
Wręcz przeciwnie.
Jeżeli Legia chce walczyć o mistrzostwo Polski, musi wyciągać wnioski również po wygranych spotkaniach.
Bo nie zawsze pojawi się 19-latek, który w 95. i 101. minucie uratuje sytuację.
Z piekła do nieba
Po 68 minutach było 2:1.
Po 90 nadal 2:1.
W 95. minucie – 2:2.
W 101. – 2:3.
Sędzia zakończył spotkanie dopiero w 106. minucie.
Futbol czasami jest kompletnie nieprzewidywalny.
I właśnie dlatego go kochamy.
Cztery dni wcześniej Legia wyjeżdżała z Lublina upokorzona.
Tym razem wraca z trzema punktami.
Nie po wielkim meczu.
Nie po dominacji.
Nie po występie, który będziemy wspominać jako pokaz siły.
Ale po meczu, w którym pokazała coś równie ważnego.
Charakter.
Teraz zadanie dla Marka Papszuna jest jasne.
Zachować tę mentalność.
A poprawić futbol.
Bo Legia może grać znacznie lepiej niż w Lublinie. I jeśli naprawdę chce zostać mistrzem Polski – będzie musiała.
Motor Lublin – Legia Warszawa 2:3.
Trzy punkty jadą do Warszawy.
A nazwisko Jakuba Żewłakowa po tym wieczorze zapamięta zdecydowanie więcej osób. 🟢⚪🔴
A jak Wy oceniacie ten mecz?
Co jest dla Was ważniejsze po takim spotkaniu – słaba gra przez dużą część meczu czy charakter pokazany w końcówce?
I czy Jakub Żewłakow zasłużył na więcej minut w kolejnych spotkaniach Legii?
Dajcie znać w komentarzach. 👇
☕ Wesprzyj moją pracę
Jeśli cenisz moje materiały i chcesz wesprzeć ich dalsze tworzenie, możesz postawić mi symboliczną kawę.
Link do wsparcia znajdziesz pod artykułem lub przy moim profilu.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz