Jeden Adam Wharton wyceniany wyżej niż cała kadra Lecha. Całe Crystal Palace warte ponad dziesięć razy więcej od Kolejorza. Zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek, już było wiadomo, że poznaniacy jadą do innego piłkarskiego świata. Problem w tym, że zamiast utrudnić gospodarzom życie, postanowili jeszcze pomóc. Skończyło się na 0:4.
Polska liga coraz śmielej puka do europejskiej czołówki. Nabieramy pewności siebie, mamy większe oczekiwania, chcemy czegoś więcej niż pamiątkowego zdjęcia na ładnym stadionie. I bardzo dobrze. Tylko potem przychodzi taki wieczór jak ten na Selhurst Park i okazuje się, że do niektórych drzwi wciąż mamy bardzo daleko.
Mam wręcz wrażenie, że choć sami idziemy do przodu, trzy najmocniejsze ligi odjechały nam w ostatnich latach jeszcze bardziej. My wcisnęliśmy gaz, oni najwyraźniej przesiedli się do odrzutowca. Wczorajszy mecz boleśnie to poczucie wzmocnił.
Spójrzmy na wyceny. Crystal Palace to około 579 mln euro, Lech około 54,5 mln. Mówimy o szacunkowych wartościach rynkowych kadry, nie klubowych budżetach, ale proporcje dają do myślenia.
Sam Wharton jest wyceniany na 70 mln euro. Jeden pomocnik przebija całą poznańską szatnię. Yéremy Pino to kolejne 30 mln, Chris Richards 28 mln. We dwóch również wychodzą ponad wartość kadry Kolejorza.
To jest okoliczność łagodząca. Całkiem poważna. Tyle że nawet przy takiej różnicy pieniędzy można wymagać, żeby własny aut nie stawał się bronią przeciwnika.
Terry Yegbe w 10. minucie postanowił zaprezentować kibicom na wyspach popisowy numer ekstraklasy – gol po wrzucie z autu. Niestety wrzucił piłkę w kierunku własnego pola karnego, Pino skorzystał, Palace prowadziło.
Potem Richards trafił głową po rzucie rożnym, a Jørgen Strand Larsen wykorzystał karnego po faulu Radosława Murawskiego na Pino. Kibice na internetowych forach omawiali jeszcze kuriozum pierwszej bramki, tymczasem w 34. minucie było już 3:0.
Yegbe miał zresztą w zanadrzu jeszcze jeden pokaz. Po zagraniu Stranda Larsena piłka odbiła się od niego i z ponad 30 metrów wpadła do własnej bramki. Samobój tak spektakularny, że miał potencjał na rozpalenie Tik Toka do czerwoności. Uratował go na szczęście spalony.
Lech miał swoje okazje, ale nie zdobył nawet bramki na otarcie łez. W końcówce Murawski zobaczył czerwoną kartkę, a Eddie Nketiah ustalił wynik. Cztery do zera. Rachunek zamknięty.
Była jednak grupa, która przyjechała do Londynu i swoje zadanie wykonała. Kibice Kolejorza stawili się w bardzo solidnej liczbie, a ich fanatyczny doping robił wrażenie mimo tego, co działo się na boisku. Sądząc po tym, jak niósł się sektor gości, nawet najbardziej flegmatyczny londyńczyk musiał choć na chwilę odłożyć herbatę. Na trybunach różnica wycen najwyraźniej nie obowiązywała.
I właśnie tych ludzi szczególnie szkoda. Przywieźli emocje, wiarę i gardła gotowe na europejski wieczór. Drużyna dorzuciła im materiał do bardzo długiej rozmowy w drodze powrotnej.
Nie trzeba po jednym meczu ogłaszać upadku polskiej piłki. Nie trzeba też udawać, że pieniądze i poziom Premier League nie mają znaczenia. Mają ogromne. Lech mógł w Londynie przegrać nawet po dobrym występie.
Warto było jednak sprawdzić, ile Palace potrafi zrobić samo. Bez poznańskiej pomocy.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz