Lech przyjechał w środowy wieczór na Bułgarską, by przypieczętować awans do trzeciej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Wydaje się jednak, że myślami piłkarze byli już przy dwumeczu z Sabah Baku, a nie na rewanżu z Aarhus. Duńczycy dali Kolejorzowi bolesną lekcję i obnażyli jego słabości. Wstyd, hańba i kompromitacja tymi słowami można opisać występ Lecha na europejskiej arenie.
Lech, przystępując do rewanżu na własnym stadionie, był zdecydowanym faworytem. Po wyjazdowym zwycięstwie 4:1 nad duńskim rywalem wydawało się, że jedynym zadaniem poznaniaków będzie spokojne przypieczętowanie awansu.
Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Bramki Becha, Arnstada i Tingagera doprowadziły do dogrywki. W niej jako pierwszy trafił Jagiełło, dając Lechowi nadzieję, jednak kilka minut później Kristjánsson ponownie wyrównał stan dwumeczu. Ostatecznie zrobiło się 5:5, co brzmi wręcz absurdalnie, biorąc pod uwagę, że Lech wygrał pierwszy mecz aż 4:1.
Przed rewanżem wielu miało z tyłu głowy obawy, ale bardziej dotyczyły one spotkania w Danii. Tymczasem tam to właśnie Kolejorz dominował, szczególnie po przerwie, i pokazał, że jest zespołem zwyczajnie lepszym. Dziś role odwróciły się o 180 stopni. Do Poznania przyjechał duński zespół i to on rozdawał karty, a nie KKS. Lech przez większość spotkania był cieniem drużyny, którą oglądaliśmy tydzień wcześniej.
W serii rzutów karnych swoich prób nie wykorzystali Sayyadmanesh oraz Kozubal. Miejmy nadzieję, że niewykorzystana jedenastka nie odbije się na przyszłości irańskiego piłkarza, który dopiero tego lata trafił do Lecha. To zawodnik z dużą jakością i umiejętnościami, co pokazał już w meczu z Cracovią. Dziś łatwo będzie oceniać sposób wykonania rzutu karnego, ale nie można sprowadzać całego dwumeczu do jednego strzału.
Bo prawda jest taka, że Lech nie odpadł przez Sayyadmanesha. Lech odpadł dlatego, że przez 120 minut zachowywał się jak drużyna, która bardziej chciała nie przegrać niż awansować. Brakowało odwagi, pressingu, pomysłu i charakteru. Nie da się wygrać europejskiego dwumeczu, jeśli po zaliczce 4:1 wychodzi się na boisko z przekonaniem, że awans zrobi się sam.
I właśnie to boli najbardziej. Porażki są wpisane w futbol, ale sposób, w jaki Lech roztrwonił trzybramkową przewagę, pozostawia ogromny niedosyt. Nie mam pretensji do zawodnika, który spudłował karnego. Mam pretensje do całej drużyny, że dopuściła do sytuacji, w której jedenastki w ogóle były potrzebne. Jeśli Kolejorz chce na poważnie liczyć się w Europie, takie mecze musi po prostu zamykać dużo wcześniej.
Bez dwóch zdań jedną z największych kompromitacji była postawa formacji ofensywnej. Mikael Ishak praktycznie nie istniał na boisku. Poruszał się ospale, nie szukał wolnych przestrzeni i nie stwarzał sobie okazji do oddania strzału. Od kapitana i najlepszego napastnika Lecha można było oczekiwać zdecydowanie więcej.
Luis Palma, nowy nabytek Kolejorza, również zawiódł. Był bardziej aktywny od szweda, ale niewiele z tego wynikało. Raziła przede wszystkim jego nieskuteczność i brak konkretów w decydujących momentach.
Najlepiej z tej trójki wypadł Walemark. Były momenty, kiedy można było odnieść wrażenie, że zniknął z meczu i siedzi na ławce rezerwowych, bo rzadko był przy piłce. Mimo to, gdy już się pojawiał, robił różnicę. Miał kilka przebłysków, próbował napędzać akcje Lecha i jako jeden z nielicznych brał na siebie odpowiedzialność za grę ofensywną.
Najbardziej irytujące było jednak wrażenie, że nawet przy wyniku 4:3 piłkarze Lecha uwierzyli, iż awans jest już pewny. Jakby zapomnieli, że w europejskich pucharach nie ma miejsca na kalkulację i czekanie na końcowy gwizdek. Wystarczy kilka minut dekoncentracji, aby cały dorobek z pierwszego meczu przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Ten mecz powinien być dla Lecha bardzo bolesną lekcją. W Europie nie wygrywa się nazwą klubu, wysokim zwycięstwem sprzed tygodnia ani atmosferą własnego stadionu. Wygrywa się zaangażowaniem, konsekwencją i mentalnością przez pełne 90, a czasem nawet 120 minut. Tego w środe zabrakło.
Najgorsze jest jednak to, że kibice nie mogą mieć największych pretensji o sam fakt odpadnięcia. W piłce zdarzają się sensacje i porażki. Problem tkwi w tym, że Lech wyglądał jak zespół, który nie był gotowy mentalnie na walkę o awans. To właśnie boli najbardziej. Stracić trzybramkową zaliczkę i pozwolić rywalowi uwierzyć, że wszystko jest możliwe, to scenariusz, który nie powinien wydarzyć się drużynie mającej europejskie ambicje i doświadczenie.
Środowa kompromitacja Lecha powinna być sygnałem alarmowym nie tylko dla samego klubu, ale również dla całej polskiej piłki. Za kilka miesięcy możemy znów zachwycać się tym, że Kolejorz wygrywa mecze w fazie ligowej Ligi Konferencji, a w Polsce ponownie usłyszymy, że Ekstraklasa jest coraz mocniejsza i już za chwilę będziemy regularnie oglądać naszych przedstawicieli w fazie pucharowej tych rozgrywek. Tylko czy naprawdę o to chodzi?
Warto przypomnieć sobie, jakie cele stawiano przed Lechem przed rozpoczęciem sezonu. Zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w wypowiedziach przedstawicieli klubu, pojawiały się ambitne deklaracje o walce o fazę ligową Ligi Mistrzów. I trudno było się temu dziwić. Kolejorz miał wyjątkowo korzystną ścieżkę kwalifikacji prawdopodobnie najłatwiejszą od czasu awansu Legii Warszawa do Ligi Mistrzów w 2016 roku. Był rozstawiony, a wszystko znajdowało się w jego rękach. Gdyby odpadł dopiero w fazie play-off z dużo silniejszym rywalem, można byłoby to zrozumieć. Jednak odpadnięcie już na tym etapie, po wygranym 4:1 pierwszym meczu, jest po prostu niewytłumaczalne.
Jeżeli Lech ponownie zakończy swoją europejską przygodę w Lidze Konferencji, będzie to krok w tył zarówno dla klubu, jak i dla całej Ekstraklasy. Oczywiście, punkty do rankingu UEFA będzie można zdobywać, ale jaki jest sens nieustannie budować współczynnik, skoro naszym najwyższym osiągnięciem pozostaje trzecie co do rangi europejskie puchary? Przecież zdobywanie punktów miało otworzyć drogę do regularnej gry w Lidze Europy i Lidze Mistrzów. Tymczasem wygląda na to, że utknęliśmy w Lidze Konferencji i zaczynamy traktować ją jako cel sam w sobie, a nie jako etap rozwoju.
Nikt nie umniejsza sukcesom polskich klubów w tych rozgrywkach. Dzięki nim poprawiliśmy swoją pozycję w rankingu UEFA i dziś jesteśmy w miejscu, o którym jeszcze kilka lat temu mogliśmy tylko marzyć. Problem polega jednak na tym, że coraz częściej zadowalamy się minimum. Liga Konferencji miała być początkiem drogi, a nie jej końcem.
Lech Poznań musi teraz zrobić wszystko, aby uratować honor. Awans do Ligi Europy nie wymaże całkowicie kompromitującej porażki z mistrzem Danii, ale przynajmniej pokaże, że ten zespół potrafi wyciągać wnioski. Jeśli jednak Kolejorz ponownie skończy w Lidze Konferencji, trudno będzie mówić o jakimkolwiek postępie. Europejskie ambicje nie mogą kończyć się na rozgrywkach, które miały być jedynie przystankiem. Po takim dwumeczu kibice mają pełne prawo wymagać od piłkarzy i władz klubu znacznie więcej niż tylko pustych deklaracji o wyciągniętych wnioskach.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz