Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Widzew Łódź ma wszystko, by osiągnąć sukces. W Łodzi są przecież pieniądze, solidna kadra, ceniony trener i rzesza fanatycznych kibiców. Tymczasem zamiast walczyć o europejskie puchary, Widzew grzęźnie przy dnie tabeli Ekstraklasy. Dlaczego? Bo klub zatracił to, co przez lata stanowiło jego znak firmowy – słynny „widzewski charakter”.
Widzew w minionej dekadzie wielokrotnie imponował ambicją i mentalnością. Sam termin „widzewski charakter” narodził się jednak w 1997 roku po legendarnym meczu z Legią Warszawa. W 33. kolejce sezonu łodzianie dokonali niemożliwego – podopieczni Franciszka Smudy w pięć minut odrobili dwubramkową stratę i wygrali 3:2. Wynik ten przesądził o mistrzostwie Polski dla RTS-u kosztem „Wojskowych”.
Po spotkaniu Smuda krzyczał: „Nie jestem czarodziejem. Zawsze staram się przygotować zespół tak, by nigdy nie tracił nadziei. Wiedziałem, że jeśli strzelimy kontaktową bramkę, to wygramy ten mecz”. Wtedy narodziła się legenda, która przez lata idealnie opisywała Widzew. Dziś ta etykieta jest już tylko wspomnieniem.
Obecny Widzew nie zostawia na boisku serca. Przykład? Ostatni mecz rundy z Zagłębiem Lubin. Do 86. minuty łodzianie prowadzili po trafieniu Sebastiana Bergiera i wszystko wskazywało na drugie zwycięstwo z rzędu. W dziewięć minut stracili jednak dwa gole i przegrali. „Jesteście zaprzeczeniem widzewskiego charakteru” – pisał po tym meczu jeden z kibiców na Facebooku. Jasne, takie porażki się zdarzają, ale Widzew przegrywa w ten sposób zdecydowanie zbyt często.
Widzew ma wszystko – i jednocześnie nie ma nic. Są pieniądze, zaplecze, kibice i nazwiska, lecz brakuje zaangażowania oraz tożsamości. To właśnie te dwa elementy sprawiają, że po rundzie jesiennej RTS zamiast marzyć o pucharach, drży o ligowy byt. A będzie tylko gorzej, bo w klubie ubywa piłkarzy, którzy faktycznie mają Widzew w sercu. Zostali już właściwie tylko: Marek Hanousek, Bartłomiej Pawłowski i Mateusz Żyro. Jeśli z Łodzi odejdzie Pawłowski, będzie to dla kibiców potężny cios i jasny sygnał, że klub bardziej ufa przepłaconym zagranicznym nazwiskom niż Polakom, którzy za ten herb naprawdę poszliby w ogień.
Nie twierdzę, że na takich zawodnikach należy budować całą kadrę, ale kilku takich liderów musi być. Tymczasem słychać, że Widzew znów chce sięgnąć po obcokrajowców. Kto bogatemu zabroni? Problem w tym, że zarząd z właścicielem, Robertem Dobrzyckim, najwyraźniej wierzą, iż kolejne transfery z niezłym CV i słabym ostatnim sezonem automatycznie zrobią z Widzewa ligowego potentata. To się nie wydarzy bez charakteru, o którym mowa.
Jeśli Widzew chce jeszcze uratować ten sezon, musi jak najszybciej wrócić do własnych korzeni. Na koniec odrobina optymizmu – być może zimowe przygotowania i wspólny obóz wreszcie scalą zespół, dzięki czemu wiosną zobaczymy drużynę funkcjonującą jak jeden organizm.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz