Wielka Majówka
Długi majowy weekend kojarzy się w Polsce z wypoczynkiem, zapachem grilla, okazją do wiosennego wypadu za miasto, generalnie – z dobrym rodzinnym czasem w stylu „dolce far niente”. Od kilku lat licznemu gronu Polaków, tych zainteresowanych piłką nożną – a więc jak można założyć – całkiem sporej grupie – również z finałowym meczem rozgrywek Pucharu Polski.
Piknikowa wiktoria
Od tegorocznego finału upłynął już prawie tydzień, emocje i wzruszenia związane z meczem opadły, można zatem na spokojnie skreślić kilka spostrzeżeń odnośnie formuły samych rozgrywek, z całkowicie subiektywnej strony. Nie będę bowiem ukrywał, że jestem fanem tych rozgrywek, a pomysł i sposób zorganizowania meczów Pucharu uważam za jedno z osiągnięć raczej mało sprawnej organizacji o charakterystycznym skrócie PZPN. Ciekawi mnie tylko, czy twórcy systemu przewidywali taki sukces swojego projektu, czy takie były cele i założenia, czy też po prostu „samo wyszło” i więcej w tym przypadku niż przemyślanego działania. Czy przeszło im przez głowę, że Dzień Flagi, 2 maja, trwale zwiąże się z piłkarskim świętem na Stadionie Narodowym? Tak bowiem postrzegam coroczny mecz finałowy – jako rodzinny, o kibolska zgrozo, piknik. Rodzinne przyjemne święto, ucieleśniające zwycięstwo idei powszechności sportowej emocji nad kibolskim rytem praktykowanym przez ostatnich Irokezów europejskich stadionów.
Puchar Tysiąca Drużyn
Lecz zanim o finale, kilka zdań o samym systemie. Noszący w drugim zdaniu miano „Pucharu Tysiąca Drużyn” system rozgrywek zaprojektowano prosto, a zgrabnie: kluby z niższych lig, aż do III ligi rozgrywają swoje eliminacje w okręgach i województwach. 16 zwycięzców stopnia wojewódzkiego przystępuje do I rundy szczebla centralnego (1/32 finału), na którym do rozgrywek dołącza 16 najlepszych zespołów I Ligi oraz zespoły Ekstraklasy (z miejsc 4-18), a także 10 zwycięzców rundy wstępnej (1/64 finału), w której rywalizują 2 najsłabsze zespoły I ligi oraz wszystkie zespoły II Ligi. Liczba uczestników klaruje się ostatecznie a 1/16 finału, kiedy rozgrywek dołączają 3 najlepsze drużyny Ekstraklasy i domykają pulę zwycięzców z rundy wcześniejszej. Drużyny rozgrywają wyłącznie jeden mecz, począwszy od I rundy gospodarzami są drużyny występujące w niższej klasie rozgrywkowej, a w przypadku tożsamości klasy – drużyny, które podczas losowania danej pary zostały wylosowane jako pierwsze, wreszcie w rozgrywkach Pucharu nie stosuje się mechanizmu rozstawienia.
„To jakaś kpina!”
I właśnie brak rozstawienia budzi największe oburzenie krytyków rozgrywek. „Jak to bez rozstawiania? Można się przesmyknąć! To promowanie słabszych! Słabeusz jak będzie miał szczęście to i do finału doczłapie bez jednego klasowego rywala! Legia – Lech w 1/16 to jakaś kpina!!!” W zasadzie poza pierwszym i ostatnim cytatem, pozostałe twierdzenia są prawdziwe: tak, brak rozstawień zwiększa prawdopodobieństwo wpadnięcia na siebie drużyn z Ekstraklasy na wczesnym etapie rozgrywek. Tak, przy odrobinie szczęścia w losowaniu można nie trafić na klub z Ekstraklasy. Tak, jak dobrze powieje wszystkie mecze rozegramy u siebie, a jak będziemy mieć pecha, nie zagramy na własnym stadionie ani raz – zabrzański Górnik pozdrowienia! Czy to sprawiedliwe? Niezupełnie, bo to absolutnie losowe. Czy promuje drużyny niższych lig? Zdecydowanie. Czy naraża na przedwczesne finały? Nie, bo mecze drużyn z top ligi na niższym szczeblu to po prostu „mocne” mecze danego szczebla rozgrywek. Tylko i aż tyle. Finał to finał, i jeśli na Narodowym 2 maja zagrają Olimpia Grudziądz z Sandecją Nowy Sącz, to dopiero będzie finał. W mojej ocenie ta „niesprawiedliwość i losowość” mechanizmu stanowi, obok formuły finału, jego największą zaletę i atrakcje. Świetnie oddaje ideę uniwersalności sportowej rywalizacji – Dawid może zmierzyć się z Goliatem, a że zrobi to przed własnymi widzami? Rewelacja! Wisła w Bytomiu Odrzańskim, Ruch w Świdniku to jest atrakcja. Idziemy, oglądamy, kibicujemy. O to przecież chodzi. O święto, o emocje. Rozstawianie mocnych drużyn – w imię czego? Mają swoją top ligę, w systemie home-away, wszystko równe jak od linijki. Chronić ich w pucharze, bo są bogatsi i silniejsi? Absolutnie nie. Narzekania, że niższa liga ma gwarantowany atut meczu u siebie? Ale to, że drużyny „mocniejsze” grają wyjazd daje mniejszym klubom okazję do pokazania się, ułatwia „sensacyjne wyniki” typu Chojniczanki Chojnice eliminującej po rzutach karnych Koronę Kielce, czy Zawiszy Bydgoszcz, która po pięknym meczu wyrzuca z rozgrywek faworyzowaną Wisłę Kraków wygrywając aż 4-1. O takie historie było trudniej, gdyby nie to, że „Puchar Polski jest niesprawiedliwy”. Nie wiem kto tak zaprojektował system rozgrywek, ale był w tym genialny. Niech to tak działa i nigdy się nie zmienia.
Brzydsza siostra nam wypiękniała
Puchar Polski przez lata uważany był za trochę „gorszą, brzydszą siostrę” Ekstraklasy. Drużyny z polskiego topu wystawiały tam najczęściej drugie składy, ogrywały rekonwalescentów i zmienników, traktowały te rozgrywki jako mecze bliższe sparingom niż rozgrywkom o stawkę. Warto podkreślić, że polski Puchar nie był w tym odosobniony – w wielu krajach prestiż rozgrywek jest co najmniej dyskusyjny. Jednakowoż taki stan można uznać za przeszłość. Oczywiście, nadal trenerzy teoretycznie mocniejszych starają się rotować składem, dając tym samym szanse zawodnikom grającym rzadziej. Prawie zawsze na boisku meldują się rezerwowi bramkarze, szanse dostaje młodzież. Ale zdecydowanie skala rotacji uległa ograniczeniu, jej stopień zmniejsza się w zależności od rangi przeciwnika, etapu rozgrywek czy prawdopodobieństwa europejskiej przygody. Nie bez znaczenia jest też walor finansowy. To waży. Zatem krajowe tuzy podchodzą do rozgrywek z szacunkiem. A co dopiero maluczcy – tu robi się wręcz przygoda życia. Tu wystawiamy najlepsze co mamy i gramy na całego.
Rankingarze
Poważni kibice nie odpuszczają tematu niesprawiedliwości, wyciągając w końcu najcięższe armaty – „przecież zdobywca Pucharu gra w eliminacjach europejskich pucharów. Tak Pcimianka Pcim dostanie od razu oklep, popsuje ranking krajowy, to czysta strata tego co uzyskaliśmy. A już przecież tak było dobrze! Tak było dobrze!” Hola, hola, rankingarze – wstrzymajcie miecze krytyki. Po pierwsze Pcimianka, nawet jeśli wykorzysta wszystkie omyłki piłkarskich bogów, przekupi Fortunę i wylosuje samych słabiaków po drodze, to jednak w finale szanse na podobnego sobie szczęściarza-słabeusza są… mikre. Ba, nawet wcześniej, potencjalny słabeusz musi pokonać jakieś mocniejsze drużyny – takie są odwieczne prawa statystyki. Zatem ten wasz słabiak w praktyce nie może być aż taki słaby. Ba, skoro trafił na Narodowy i finalnie zdobył Puchar – to nie było to wyłącznie splotem przypadków. Więc nie skreślajcie takiego zwycięzcy zbyt wcześnie. Niech przykładem będzie tu krakowska Wisła – ileż to było w internetach lamentu, że nierozstawiona padnie w pierwszych meczach, psując krajowy ranking i ośmieszy polską kopaną. Tymczasem ta Wisła, która przecież nie złapała się nawet do baraży zajmując 10 miejsce w niższej lidze, w emocjonującym stylu walczyła w eliminacjach najpierw do ligi Europy a potem Konferencji. I choć porażki z Rapidem Wiedeń i Cercle Brugge nie pozwoliły ostatecznie dostać się jej do grup pucharowych, to wstydu przecież nie było, a mecze, szczególnie rewanżowe ze Spartakiem Trnawa czy z Cercle pozostaną w pamięci kibiców Białej Gwiazdy na lata.
Finis coronat opus
W końcu pora na wisienkę na torcie, czyli Wielki Finał na Narodowym. Pardon, zapomniałem, że jesteśmy w uniwersum polskiej piłki. Zatem, przywołując klasyka, pora na truskawkę na torcie – Wielki Finał na Stadionie Narodowym. Jaki to był genialny pomysł. Nie obwoźny teatr. Nie populistyczne „futbol pod strzechy”. Jest stolica, stadion premium. Jest tytuł, splendor, szkło, aluminium. Tip top, high life… Biel i czerwień Flagi. Fanfary, konfetti, tv live broadcasting. Tam się dosłownie wszystko zgadza. Stała data, stała godzina. Centralne położenie Warszawy – wszyscy mają w sumie blisko. Pogoda – jak to w majówkę, prawie pewna. Logistyka – opustoszałe weekendowo ulice i parkingi Warszawy aż się uśmiechają do kierowców. Nic tylko brać rodzinę i na wycieczkę. I tak się właśnie dzieje. Ponad pięćdziesięciotysięczny stadion co roku wypełnia się dwoma różnobarwnymi plemionami. Dwoma armiami. W wielkiej liczbie. Zmobilizowanymi, zaopatrzonymi w okolicznościowe koszulki, flagi. Ale trzymającymi cywilizowany poziom. Całe rodziny, dużo kobiet i dzieci. I w takich okolicznościach Stadion Narodowy doświadcza jak wygląda prawdziwy doping i piękna oprawa – to nie są mecze kadry, gdzie zazwyczaj serwowany jest erzac dopingu. Tymczasem w internecie można było znaleźć sporo wpisów w rodzaju „kiedyś to było, dzisiaj to nie ma – kibice Zabrza i Rakowa w tym samym czasie na jednej stacji benzynowej, w tej samej knajpie. I nic. Piknik. Wstyd. Upadek.” Czytając je pomyślałem, że w sumie takie narzekania tylko dopełniają obraz sukcesu projektu Puchar Polski. Bo te piękne mecze finałowe zostały przejęte przez tych, którym są adresowane: zwykłym, normalnym kibicom świętującym Wielką Majówkę. I to największe pucharowe zwycięstwo. Koniec wieńczy dzieło. I niech tak zostanie.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz