Piątkowy wieczór spędziłem nie na trybunach Narodowego, tylko w barze, który w takie dni staje się drugim stadionem narodowym — tylko że z lepszym piwem, gorszym światłem i kibicami, którzy krzyczą głośniej niż spiker. Przed pierwszym gwizdkiem dało się wyczuć lekką elektryczność, ale też… pewną irytację. Bo przecież zanim zaczęliśmy żyć meczem, zdążyliśmy już przeżyć aferę z Robertem Lewandowskim zapalającym polskie barwy na Empire State Building.
— No jasne, promocja kraju ważniejsza niż kadr — mruknął typ obok mnie, sącząc lane jasne.
— Daj spokój, fajna akcja — odburknął drugi.
A ja? Ja siedziałem pośrodku, jak klasyczny polski kibic: niby wkurzony, niby dumny, a tak naprawdę kompletnie bez kontroli nad własnym nastrojem.
Wszystko jednak przestało mieć znaczenie, kiedy ruszył mecz. W barze zapadła absolutna cisza, jakby ktoś przykręcił głośność świata. Polacy grali tak… normalnie. Solidnie. Bez strachu. I chwilami — co rzadkie — nawet efektownie. Ludzie robili ciche „nooo…” po każdej akcji, a ja tylko patrzyłem i zastanawiałem się, czy przypadkiem nie włączyłem powtórek z 2016 roku. A potem przyszła 43. minuta. Kamiński huknął, bramka padła, a bar — dosłownie — eksplodował. Ktoś wylał piwo, ktoś rzucił chipsami, ktoś mnie uściskał, chociaż nigdy wcześniej go nie widziałem.
To był piękny moment. Taki, który przypomina, dlaczego w ogóle zadajemy sobie trud wiary w tę reprezentację. Ale jak to w życiu — piękne momenty trwają krótko. Po przerwie Holandia weszła tak, jakby im ktoś przypomniał, że piłka nożna jednak ich dotyczy. 47. minuta, Depay wyrównuje, a bar robi się cicho jak na lekcji matematyki. Nikt nie przeklinał. Nikt nie wzdychał. Po prostu wszyscy zastanawiali się, czy to jest ten moment, w którym polska piłka wraca do normy. Na szczęście — nie wróciła. Reszta meczu była uczciwa, dobra, zorganizowana. Dowieźliśmy 1:1, zapewniliśmy sobie baraże, bar rozbrzmiał umiarkowanym entuzjazmem, a ja poczułem… spokój. Nie euforię. Spokój. Dość nietypowy stan dla kogoś, kto kocha tę reprezentację od lat.
Wyszliśmy z baru z poczuciem, że w tym zespole coś drgnęło. Że może, może, M O Ż E zacznie to wyglądać normalnie.
A potem przyszła Malta.
Poniedziałek. Ten sam bar, ci sami ludzie, te same stoliki. Inny nastrój. Bo Malta to taki przeciwnik, którego powinno się przejść spacerem. A jeśli nie spacerem, to chociaż szybkim truchtem. To miał być mecz, przy którym człowiek może nawet sobie pozwolić na wejście w kolejkę po piwo w trakcie akcji.
No i cóż… po 68 minutach mieliśmy 2:2. Pełne, okazałe, soczyste 2:2. A przecież zaczęło się przyzwoicie. Lewandowski swoje zrobił, Wszołek też. W barze już ktoś zaczął żartować o „pewnym zwycięstwie”, a ja, jak idiota, zacząłem wierzyć, że to naprawdę może być spokojny wieczór. Aż tu nagle — Cardona.
Chwilę później — Teuma z karnego, o którym do dziś nie wiem, co sędzia Pajac zobaczył, a czego reszta świata nie widziała.
Swoją drogą — Pajac jako nazwisko sędziego. Przed meczem pół internetu się śmiało. Po meczu? Nikt już nie miał siły.
W 68. minucie bar wyglądał jak gabinet terapeutyczny. Ludzie patrzyli przed siebie, niektórzy w sufit, ja w blat stołu. Wszyscy przeżywali to samo: „Jakim cudem? Jakim, do cholery, cudem…?” To była ta chwila, w której po meczu z Holandią wpadliśmy z nieba prosto do piłkarskiego czyśćca. A właściwie do jego tej gorszej części. I wtedy — jak bohater filmu, na którego nikt nie liczył — wszedł Piotr Zieliński. 86. minuta. Gol. Uratowane zwycięstwo, uniknięta kompromitacja. Bar eksplodował drugi raz w trzy dni, ale już inaczej. Nie z radości. Z ulgi. Z desperacji. Z poczucia: „Dobrze, że nie muszę tego tłumaczyć jutro w pracy”. Wygraliśmy. I teoretycznie powinno być fajnie. Ale nie było. Bo jak tu się cieszyć, kiedy ledwo wygrywamy z Maltą, a kibice wyglądają, jakby ktoś ogłosił 10-procentową podwyżkę podatków?
Wychodząc z baru, czułem w sercu dwa zupełnie różne światy. Po Holandii — nadzieja. Po Malcie — niepokój. Narodowa schizofrenia w dwóch aktach. Dwupak emocji, którego nie zamawiałem, ale dostałem w gratisie. A mimo to, Marek… Chyba wciąż wierzymy. Może z głową w dłoniach, może z przymrużeniem oka, może z lekkim drżeniem powieki — ale wierzymy.
Bo my, kibice, inaczej nie potrafimy.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz