Jeszcze tydzień temu wydawało się, że Lech Poznań ma autostradę do trzeciej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Wyjazdowe zwycięstwo 4:1 z mistrzem Danii sprawiło, że kibice przy Bułgarskiej zaczęli myśleć o kolejnych europejskich wyzwaniach. Tymczasem to, co wydarzyło się w rewanżu z Aarhus, przejdzie do historii jako jedna z największych kompromitacji nie tylko Kolejorza, ale i jedna z najbardziej wstydliwych wpadek europejskiego klubu w ostatnich latach.
Roztrwonić trzybramkową zaliczkę po tak kapitalnym pierwszym meczu to wyczyn, którego nikt w Poznaniu nie był w stanie sobie wyobrazić, nawet w największych snach. Zespół Nielsa Frederiksena zaprezentował futbol pełen błędów, chaosu i całkowitego braku kontroli nad wydarzeniami boiskowymi. Zamiast spokojnie przypieczętować awans, Lech oddał inicjatywę rywalowi i z każdą kolejną minutą wyglądał na drużynę kompletnie nieprzygotowaną mentalnie do takiego meczu.
Najbardziej boli jednak nie sam fakt odpadnięcia, lecz sposób, w jaki do niego doszło. Mistrz Polski miał wszystko, przewagę trzech bramek, własny stadion, komplet kibiców i ogromny komfort psychiczny. Wystarczyło zagrać odpowiedzialnie, mądrze zarządzać spotkaniem i wykorzystać doświadczenie zdobyte w poprzednich sezonach. Tymczasem Kolejorz zagrał jedno z najgorszych spotkań ostatnich lat, jakby kompletnie zapomniał, o co toczy się gra.
Defensywa, która tydzień wcześniej imponowała skutecznością, tym razem rozsypała się jak domek z kart. Każdy atak Aarhus niósł zagrożenie, a gospodarze sprawiali wrażenie całkowicie zagubionych. Nie funkcjonował pressing, środek pola przegrywał większość pojedynków, a ofensywa praktycznie nie istniała. Liderzy zespołu zniknęli w momencie, w którym powinni wziąć odpowiedzialność na siebie.
To właśnie takie mecze brutalnie pokazują różnicę między drużynami, które są gotowe na Ligę Mistrzów, a tymi, które mentalnie wciąż nie potrafią udźwignąć presji. Lech po raz kolejny udowodnił, że potrafi zachwycić w jednym spotkaniu, by kilka dni później kompletnie się rozsypać. Europejska dojrzałość to nie efekt jednego dobrego meczu, tylko umiejętność domknięcia dwumeczu. Tego zabrakło w sposób rażący.
Jeszcze bardziej bolesny jest fakt, że Kolejorz sam wypuścił z rąk szansę na rywalizację z azerskim Sabah FK w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Klub z Baku wyeliminował fiński KuPS i awansował dalej, a jednym z bohaterów dwumeczu był doskonale znany kibicom Lecha Tymoteusz Puchacz. Polski reprezentant zanotował asystę w rewanżu i pomógł swojej drużynie w awansie. To właśnie jego zespół czekał na zwycięzcę rywalizacji Lecha z Aarhus. Zamiast tego Lech sam się z tej drogi brutalnie wykoleił.
Na tym etapie nie ma już miejsca na szukanie wymówek. To nie był pech, to nie był przypadek, to była sportowa nieodpowiedzialność i brak kontroli nad meczem, który trzeba było tylko „dowieźć” do końca. Takie rzeczy w europejskich pucharach po prostu nie powinny się zdarzać drużynie aspirującej do Ligi Mistrzów.
Po takim występie trudno mówić o wypadku przy pracy. To spotkanie obnażyło wszystkie problemy Lecha, którymi są brak koncentracji, problemy z organizacją gry pod presją oraz nieumiejętność zamknięcia dwumeczu mimo ogromnej przewagi. Kibice mają pełne prawo czuć złość, frustrację i rozczarowanie. Zespół, który jeszcze tydzień wcześniej zachwycał Europę, w rewanżu sam wystawił sobie najgorszą możliwą ocenę.
Teraz przed Lechem walka o uratowanie reszty europejskiego sezonu, ale po takim blamażu odbudowanie zaufania i pewności siebie będzie niezwykle trudne. Jedno jest pewne ta kompromitacja zostanie w pamięci na długo i będzie wracać przy każdej kolejnej próbie wejścia do elity europejskiego futbolu.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz