„Pierwszym polskim słowem, które poznałem, był górnik. I szybko zrozumiałem, co to znaczy – ciężka praca. Zawsze uważałem, że jeśli nie zagram dobrego meczu, to przynajmniej nadrobię to walką i pełnym zaangażowaniem.”
Te słowa Sondre Liseth wypowiedział krótko po dołączeniu do zabrzańskiego zespołu. Rzadko zdarza się, aby piłkarz tak trafnie potrafił zdefiniować swoją boiskową tożsamość.
A jednak wciąż wielu ocenia go wyłącznie przez pryzmat liczb — goli i asyst. Tego, co da się łatwo zmierzyć.
To wygodne. Ale też skrajnie krzywdzące.
Bo Liseth nie jest zawodnikiem, którego opisuje się statystyką. Jego wpływ dostrzega się w momentach, które łatwo przeoczyć – w doskoku, w pojedynku, w utrzymaniu piłki pod presją.
Tak jak w ostatnim ligowym starciu z Jagiellonią. Tym razem zaczął na ławce, ale gdy pojawił się na boisku po przerwie, odmienił obraz meczu. Górnik zyskał intensywność i punkt zaczepienia. Sondre nie strzelił gola, nie zaliczył asysty, a mimo to był jednym z architektów zwycięstwa.
Dlatego liczby nie są w stanie oddać tego zawodnika.
Droga, która ukształtowała charakter
Sondre Liseth nie przeżył błyskawicznego sukcesu. Jego historia to opowieść o uporze, cierpliwości i żelaznym charakterze.
Ten charakter nie wziął się znikąd. Jako siedemnastolatek sięgnął po tytuł… mistrza świata w wyścigach na skuterach wodnych. Rywalizacja, adrenalina, walka do końca – to wszystko miał w sobie jeszcze zanim na dobre wszedł do zawodowej piłki.
W norweskiej Eliteserien zadebiutował w barwach Mjøndalen jako młody zawodnik, który dopiero uczył się funkcjonowania na najwyższym poziomie. Z sezonu na sezon zbierał minuty i doświadczenie, ale trudno było mówić o przełomie czy wejściu na ligowy top.
Po dwóch latach zdecydował się na zmianę otoczenia i przeniósł się do FK Haugesund – klubu stabilniejszego, z większymi ambicjami. Tam od początku dostał swoje miejsce w drużynie i regularnie pojawiał się na boisku, grając m.in. u boku Kristoffera Velde, późniejszego gwiazdora Lecha Poznań.
Z czasem jego rola zaczęła rosnąć.
W Haugesund coraz częściej doceniano go nie tylko za pracę, ale też za wpływ na drużynę. W sezonie 2021 został wybrany przez kibiców najlepszym zawodnikiem zespołu, zdobywając aż 55% głosów. Był najczęściej wyróżnianym piłkarzem i jednym z liderów szatni.
”Mam 24 lata i wiem, że muszę brać na siebie większą odpowiedzialność. Taki miałem cel od pierwszego dnia” – mówił po meczu z Molde, odbierając nagrodę przyznaną przez fanów.
Sprawy zaczynały iść w dobrym kierunku. Sondre był w najlepszym okresie swojej kariery.
I właśnie wtedy, w najmniej spodziewanym momencie, wszystko się zatrzymało…
Po zakończeniu sezonu, podczas zwykłej przebieżki na wakacjach, doznał poważnej kontuzji stawu skokowego.
Uraz okazał się na tyle poważny, że praktycznie wyeliminował go z gry na blisko dwa lata. Operacja, żmudna rehabilitacja… Sezon 2022 w dużej mierze miał z głowy.
Diagnoza była bezlitosna — ta kontuzja stanowiła realne zagrożenie dla jego dalszej kariery.
Wielu w tym momencie by odpuściło. On dopiero wtedy zaczął walczyć.
Przez długie miesiące harował na siłowni do granic możliwości, próbując odzyskać zdrowie i formę. Pracował nad każdą partią ciała, na jaką tylko pozwalał mu stan.
Walczył nie tylko z bólem, ale też z narastającymi wątpliwościami.
Etap po kontuzji nie przyniósł jednak przełomu. Liseth znów pojawił się na boisku, ale jego kariera nie weszła na tor przyspieszenia. W Haugesund nie był już zawodnikiem, wokół którego buduje się zespół, a raczej jednym z wielu elementów układanki.
I właśnie wtedy pojawił się moment decyzji. Zostać w Norwegii i dalej funkcjonować w cieniu czy spróbować odbudować się gdzieś indziej. Wybrał drugą opcję.
Nowy rozdział: Zabrze
Do Górnika Zabrze trafił zimą 2025 roku bez większego rozgłosu. Nie był transferem, który elektryzuje kibiców. Nie przychodził jako gwiazda, nie ciągnęła się za nim żadna wielka historia. Raczej jeden z tych ruchów, które przechodzą bokiem – do uzupełnienia składu, do sprawdzenia.
Zresztą jego profil idealnie wpisywał się w tę narrację. Zawodnik po ciężkiej kontuzji, bez wyraźnego przełomu w Norwegii, bez liczb, które robią wrażenie. Bardziej znak zapytania niż gotowe rozwiązanie.
W klubie widziano w nim przede wszystkim zawodnika drugiej linii. Kogoś, kto może wnieść energię, fizyczność, zabezpieczyć środek pola i dać opcje trenerowi po odejściu Damiana Rasaka. Tak też patrzył na niego Jan Urban, który nie dawał mu jednak zbyt wielu minut i nie widział w nim pierwszoplanowej postaci.
Liseth funkcjonował na uboczu. Bez większego wpływu, bez wyraźnej roli. Jeden z wielu. Jak mówią osoby znające kulisy klubu, w pewnym momencie był nawet o krok od wypożyczenia do niższej ligi.
Latem wszystko zaczęło się jednak zmieniać. Do klubu przyszedł Michal Gasparik, a wraz z nim nowe spojrzenie na zespół i nowe rozdanie w szatni.
Po kilku kolejkach nowego sezonu szybko okazało się, że Górnik ma poważny problem z obsadą pozycji napastnika. Transfery, które miały rozwiązać ten temat, nie spełniły oczekiwań – Tsirigotis okazał się zbyt słaby na poziom Ekstraklasy, Barbosa nie był odpowiednio przygotowany fizycznie, a Zahović zwyczajnie nie pasował profilem do stylu gry preferowanego przez słowackiego szkoleniowca.
I wtedy wrócono do pomysłu, który wcześniej pojawił się już w okresie przygotowawczym, gdy Liseth był testowany na tej pozycji. Początkowo wyglądało to jak eksperyment, ale dopiero w trakcie sezonu zapadła decyzja, by dać mu na „dziewiątce” prawdziwą szansę.
Co istotne, nie była to dla niego rola zupełnie obca. W przeszłości zdarzało mu się grać wyżej, a sam podkreślał, że dobrze czuje się jako napastnik.
Sondre-mania
Moment przełomu przyszedł w piątej kolejce sezonu. To wtedy Sondre wskoczył do pierwszego składu na mecz z Pogonią Szczecin – i od razu zaznaczył swoją obecność golem.
To nie był jednorazowy błysk.
W kolejnych pięciu spotkaniach dorzucił jeszcze trzy bramki, a jego rola w zespole rosła z tygodnia na tydzień. Z zawodnika sprawdzanego stał się rozwiązaniem. Z opcji – pewnikiem.
W klubie szybko zrozumiano, że to nie jest chwilowa forma. Już we wrześniu Górnik zdecydował się przedłużyć z nim kontrakt, jasno pokazując, że Liseth stał się ważnym elementem tej układanki.
Od tamtego momentu jego pozycja jest niemal niepodważalna.
Ale „Sondre-mania”, która zapanowała wśród fanów Górnika, nie narodziła się tylko z bramek. Wynikała z jego postawy na boisku – z intensywności, z walki, z tego, że w każdej akcji zostawiał coś więcej niż tylko obecność. Kibice bardzo szybko to dostrzegli.
Więcej niż liczby
Z czasem licznik się zatrzymał. Siedem bramek – i ani jednej więcej od dłuższego czasu.
Szybko zaczęły pojawiać się pytania.
Czy to wystarczy jak na napastnika?
Czy nie powinien dawać więcej konkretów?
Problem w tym, że patrząc na Sondre Lisetha wyłącznie przez pryzmat goli, bardzo łatwo przegapić wszystko to, co w jego grze jest najważniejsze.
Bo jego rola zaczyna się tam, gdzie statystyki często się kończą.
Liseth to napastnik, który pracuje dla drużyny. Jeden z kibiców na portalu X trafnie porównał go do obrotowego z piłki ręcznej – zawodnika, który funkcjonuje w ciągłym kontakcie, przepycha się z rywalami, robi miejsce innym i utrzymuje piłkę w najtrudniejszych strefach boiska.
Mój redakcyjny kolega nazwał go defensywnym napastnikiem. I coś w tym jest.
To on inicjuje pressing. To on pierwszy rusza do rywala, wymusza błędy, zakłada presję na obrońcach. To on często zaczyna akcje od odzysku, a nie od wykończenia. W grze bez piłki robi więcej niż wielu zawodników z lepszymi liczbami.
Nieprzypadkowo jest najczęściej faulowanym zawodnikiem Górnika – w tym sezonie rywale musieli zatrzymywać go nieprzepisowo aż 47 razy, średnio niemal dwa razy na mecz (źródło: statz.ai).
To bezpośredni efekt jego stylu gry – grania na kontakcie, brania ciężaru na siebie i wchodzenia tam, gdzie robi się naprawdę niewygodnie.
Liseth idealnie wpisuje się w sposób, w jaki gra dziś Górnik. To drużyna, która nie zawsze chce wychodzić spod pressingu krótkim rozegraniem, ryzykując stratę pod własną bramką. Często wybiera prostsze, ale skuteczne rozwiązanie – długie podanie.
I tu zaczyna się jego rola.
Bramkarz Górnika, Marcel Łubik, bardzo dobrze operuje nogami i potrafi posłać precyzyjną, daleką piłkę, która omija środek pola. A tam czeka Liseth. Ustawiony tyłem do bramki, z obrońcą na plecach, gotowy na walkę.
I najczęściej tę walkę wygrywa.
Potrafi przyjąć piłkę w trudnych warunkach, utrzymać ją, dać drużynie czas. Poczekać, aż do akcji podłączą się skrzydłowi. Zgrać do pomocnika. Wymusić faul. To są momenty, które robią różnicę i budują przewagę – z pozornego chaosu rodzi się realne zagrożenie.
Jego gra tyłem do bramki to jeden z największych atutów Górnika. Ale jeszcze ważniejsze jest coś innego – odpowiedzialność za piłkę. Liseth bardzo rzadko traci ją w prosty sposób. Nie podejmuje zbędnego ryzyka, nie oddaje jej za darmo. Jeśli już ją dostaje, drużyna może być pewna, że akcja nie umrze po jednym kontakcie.
I właśnie dlatego jego wpływ na grę jest znacznie większy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Bardzo trafnie ujął to użytkownik X @PrzemeKSG, redaktor portalu Roosevelta81.pl poświęconego Górnikowi Zabrze:
🇳🇴 Wartość wnoszona przez Sondre Lisetha do naszej drużyny nie może być mierzona jedynie strzelonymi golami i asystami. W tle jest dużo dużo więcej. 🫡@GornikZabrzeSSA #zabskitwitter pic.twitter.com/sXitiRFewd
— PrzemeKSG (@czuba83518) April 25, 2026
Patrzenie na jego dorobek przez pryzmat siedmiu goli to spore uproszczenie.
Bo jego prawdziwa wartość nie kryje się w liczniku trafień, ale w tym, jak funkcjonuje Górnik, gdy Liseth jest na boisku.
Rzeczy, których nie widać
Myśląc o Sondre Lisethu, mam przed oczami jeden obraz.
Mecz z Widzewem w Zabrzu, wygrany 3:2. Ostatni gwizdek. On pada na murawę – wycieńczony, jakby zostawił tam absolutnie wszystko. Leży przez moment bez ruchu, po czym unosi ręce w niebo w geście zwycięstwa. Potrzebuje dłuższej chwili, żeby w ogóle się podnieść.
To nie jest poza. To nie jest teatr.
To jest jego sposób grania.
Daje z siebie sto procent. Czasem aż za bardzo – pewnie dlatego tak często kończy mecze ze skurczami. Jakby ciało nie nadążało za ambicją i wolą. Sondre nie zawsze strzela, ale zawsze zostawia na boisku kawał serca i litry potu.
To właśnie dzięki takim zawodnikom inni mogą błyszczeć. To on bierze na siebie najtrudniejsze zadania, walczy, utrzymuje piłkę, robi miejsce. To on wynosi fortepian na czwarte piętro, żeby inni mogli na nim zagrać.
Zaczęliśmy jego słowami – i nimi też warto zakończyć:
„W piłce chodzi o to, by wychodzić na boisko, grać dla kibiców i razem tworzyć piękne wspomnienia.”
Trzymamy kciuki, żeby Sondre stworzył kolejne już w sobotę, podczas finału Pucharu Polski. Jednego można być pewnym – da z siebie wszystko.
Lykke til, Sondre.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.







Dodaj komentarz