Po wygranych meczach Górnika Zabrze stało się to już niemal obowiązkowym elementem świętowania. Zawodnicy i członkowie sztabu tworzą krąg, jedna osoba rozpoczyna cicho charakterystyczne słowa, reszta je powtarza, a z każdą kolejną rundą robi się coraz głośniej. Kibice zapisują usłyszany tekst na różne sposoby. Najczęściej brzmi on mniej więcej: „Omaje mamaje…”.
Ale co właściwie oznaczają te słowa? Czy to jakiś afrykański śpiew? Rytuał podobny do nowozelandzkiej haki? A może piosenka w jednym z egzotycznych języków?
Poszliśmy jej śladem. I okazuje się, że historia „Omaje mamaje” jest znacznie bardziej poplątana, niż mogłoby się wydawać.
Świetna grupa naszych tygrysów 🐅 #RADGÓR pic.twitter.com/lhVkeDX8Q4
— Górnik Zabrze (@GornikZabrzeSSA) August 8, 2026
W Górniku pojawiło się wraz z nowym rozdziałem
Dla regularnie oglądających materiały zza kulis Górnika sam rytuał nie jest nowością. Zabrzanie wykonują go od początku pracy słowackiego sztabu Michala Gašparíka.
Najstarsze znalezione przez nas wykonanie pochodzi już z pierwszego letniego obozu pod wodzą nowego szkoleniowca. Górnik wyjechał 29 czerwca 2025 roku na dziesięciodniowe zgrupowanie do austriackiego Kitzbühel. Gašparík pracował wówczas z drużyną od zaledwie kilkunastu dni. Już wtedy można było usłyszeć znajome dziś kibicom „Omaje mamaje”.
Można by więc uznać, że to po prostu nowy zwyczaj zabrzańskiej szatni. Tyle że podobne nagrania można znaleźć na długo przed pojawieniem się Gašparíka w Górniku. I to również w Polsce.
Bydgoszcz śpiewała to kilkanaście lat wcześniej
Cofamy się do sezonu 2012/13. Wtedy internet obiegały nagrania siatkarzy Delecty Bydgoszcz, którzy po zwycięstwach wykonywali swoją „pieśń bojową”. Nazywano ją „O Belino” albo „Umbaje Belino”.
Nie była to zresztą tradycja wyłącznie jednej bydgoskiej drużyny. Andrzej Wrona opowiadał wówczas, że do siatkarzy przyniósł ją masażysta, który wcześniej poznał ją w środowisku piłkarskiego Zawiszy. W podobny sposób mieli świętować także zawodnicy Chemika i Polonii Bydgoszcz. Sama historia o tym, że utwór miał wcześniej przywędrować z Chorwacji, już przez Wronę była przedstawiana z przymrużeniem oka jako swego rodzaju legenda.
„Jest w naszej drużynie od zeszłego sezonu. Wprowadził ją nasz maser – Tomek. Tomek nauczył się jej od trenera piłkarzy Zawiszy, gdzie kiedyś pracował. Ten poznał ją, będąc kiedyś w Chorwacji od jednego z tamtejszych kibiców piłkarskich. Tak więc z ręki do ręki przywędrowała ona do nas. Jej pochodzenie to trochę taka legenda, ale przyjmijmy, że jest to pieśń chorwackich kibiców.” – tłumaczył Wrona.
Co ciekawe, już wtedy nikt specjalnie nie wiedział, co właściwie jest śpiewane. W komentarzach pod nagraniami ludzie pytali o tekst i tłumaczenie, a całość przez egzotycznie brzmiące sylaby określano czasem jako „szamańską” czy „afrykańską” pieśń. Jeden z tekstów poświęconych Zawiszy nazywał ją nawet „afrykańskim tańcem radości”, ale bez wskazania jakiegokolwiek konkretnego afrykańskiego języka czy tradycji.
I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część tej historii.
Słowacy znają ją jako „Palmolive”
Jeśli w Polsce „O Belino” było szatniową ciekawostką, to na Słowacji podobny rytuał urósł niemal do rangi reprezentacyjnej tradycji.
Przez lata po zwycięstwach wykonywali go piłkarze reprezentacji Słowacji. Tam przyśpiewka zaczęła funkcjonować pod dość zaskakującą nazwą „Palmolive”.
Zasady są dokładnie takie, jakie znamy dziś z Górnika. Prowadzący zaczyna niemal szeptem, pozostali powtarzają. Potem wszystko jest wykonywane ponownie, ale głośniej. I jeszcze raz. I jeszcze. Aż na końcu śpiew zamienia się właściwie we wspólny wrzask i rytmiczne uderzanie w przedmioty znajdujące się w szatni. Słowackie media opisywały ten zwyczaj już w 2015 roku.
Jednym z ludzi najbardziej kojarzonych z tym rytuałem był Ján Ďurica. Gdy po sensacyjnym zwycięstwie Słowacji nad Belgią podczas EURO 2024 tradycyjny okrzyk ponownie zrobił furorę, Sportnet zapytał byłego reprezentanta o jego pochodzenie.
Ďurica przyznał, że sam gdzieś wcześniej go usłyszał – być może jeszcze w Dunajskiej Stredzie – i zaproponował wykorzystanie go w reprezentacji. Z biegiem czasu kolejne osoby przejmowały rolę prowadzącego, a rytuał przetrwał zmianę generacji słowackich piłkarzy.
Ważne jest jednak coś jeszcze. Już słowackie źródła zwracały uwagę, że słowa nie są stałe. Zmieniają się, są przekręcane, dopasowywane i przekazywane dalej przede wszystkim ze słuchu. Jedna ze starszych wersji rozpoczynała się od „O Benino”, później Słowacy zaczęli słyszeć i śpiewać „Palmolive”.
To prowadzi nas do najważniejszego pytania: skąd właściwie wzięła się ta przedziwna przyśpiewka?
A skąd to wzięło się naprawdę?
Tutaj trzeba oddzielić sportową legendę od tego, co rzeczywiście da się znaleźć w źródłach.
Nie znaleźliśmy żadnego wiarygodnego dowodu, że jest to afrykański rytuał. Tym bardziej nie jest to haka – czyli tradycja Maorysów z Nowej Zelandii, z którą ten szatniowy okrzyk nie ma udokumentowanego związku.
Za to „O Belino” można znaleźć w zupełnie innym miejscu… w repertuarach piosenek dziecięcych i obozowych.
Francuskojęzyczna strona poświęcona piosenkom z obozów i kolonii publikowała „O Belino” już w lutym 2011 roku, a utwór znajduje się również w późniejszym francuskojęzycznym zestawieniu piosenek dla dzieci.
Właśnie dlatego najbezpieczniej traktować „O Belino” nie jak pieśń z konkretnym, możliwym do przetłumaczenia tekstem, lecz jak dziecięcą lub obozową wyliczankę – rytmiczną zabawę opartą na powtarzaniu sylab.
To podsuwa najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie dalszych losów „O Belino”. Podobne wyliczanki od lat wędrują wraz z uczestnikami kolonii, obozów i młodzieżowych wyjazdów. Uczy się ich przede wszystkim ze słuchu, dlatego z każdym kolejnym wykonaniem tekst może nieco się zmieniać. Możliwe, że właśnie w takim środowisku „O Belino” usłyszał kiedyś ktoś związany ze sportem i przeniósł je później do swojej szatni.
Tam mechanizm działał już podobnie – kolejni zawodnicy zapamiętywali przede wszystkim melodię, rytm i brzmienie sylab, a nie ich znaczenie. W ten sposób dawna zabawa mogła zacząć żyć własnym życiem jako sportowy okrzyk zwycięstwa.
Trop znamy. Ale co właściwie znaczy „Omaje mamaje”?
I tutaj odpowiedź jest trochę przewrotna: najprawdopodobniej nie znaczy nic konkretnego.
Nie mamy jednego „oryginalnego tekstu”, który dałoby się po prostu przetłumaczyć. Kolejne wersje były przez lata przekazywane ze słuchu, więc sylaby się zmieniały, przekręcały i dopasowywały do tego, co dana grupa akurat usłyszała.
Dlatego w Górniku mamy „Omaje mamaje”, w Bydgoszczy funkcjonowało „Umbaje Belino”, a na Słowacji przyśpiewka zaczęła być znana jako „Palmolive”. To różne odsłony tego samego rytmicznego zwyczaju, który z czasem zaczął żyć własnym życiem.
Nie warto więc doszukiwać się w „Omaje mamaje” tłumaczenia z któregoś z języków afrykańskich ani związku z nowozelandzką haką. Najważniejsze nie są tutaj słowa, lecz rytm, narastające tempo i wspólne wykonanie.
I tak dochodzimy do Trnavy
Słowacki trop w przypadku Górnika da się jednak prześledzić wyjątkowo dokładnie.
17 sierpnia 2023 roku Spartak Trnava pokonał u siebie Lecha Poznań 3:1 w rewanżu III rundy eliminacji Ligi Konferencji i wyeliminował polski zespół z europejskich pucharów. Po spotkaniu kamery zajrzały do szatni.
W środku grupy stał Marian Hodulík, obecny drugi trener Górnika, i prowadził dokładnie ten sam rytuał.
Zwyczaj śpiewania po wygranych meczach "Omaje mamaje" przyszedł wraz z trenerem Hodulikiem z Trnavy. pic.twitter.com/WQsIpJtmOt
— Paweł Reiman (@kosmogon99) August 9, 2026
Dwa lata później Hodulík razem z Michalem Gašparíkiem i Tomášem Prisztácsem przeniósł się do Zabrza. Dzisiaj Hodulík znów stoi w środku kręgu, tylko zamiast piłkarzy Spartaka odpowiadają mu zawodnicy Górnika.
Nie on jednak wymyślił tę przyśpiewkę. Nie wymyślili jej również Słowacy ani bydgoscy siatkarze.
„Omaje mamaje”, „Umbaje Belino”, „O Belino”, „Palmolive” – to kolejne odsłony zwyczaju, który od wielu lat wędruje między grupami i sportowymi szatniami. Jego słowa zmieniają się po drodze, bo kolejne osoby uczą się ich ze słuchu.
Nie jest więc żadnym tajemniczym afrykańskim rytuałem ani piłkarską wersją haki. Wszystko, co udało nam się odnaleźć, prowadzi raczej do wyliczanki znanej z repertuarów dziecięcych i obozowych, która z czasem dostała drugie życie jako krzyk zwycięstwa w sportowych szatniach.
A że po każdej wygranej robi się coraz głośniejsza? W Zabrzu raczej nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, żeby w tym sezonie słyszeć ją jak najczęściej.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.








Dodaj komentarz