Mundial bez Polski, Polska bez mundialu – mistrzostwom zabraknie magicznej aury

Mundial bez Polski, Polska bez mundialu – mistrzostwom zabraknie magicznej aury

Już za kilka chwil rozpocznie się najważniejsza impreza czterolecia w piłkarskiej rzeczywistości – Mistrzostwa Świata 2026 w Meksyku, USA i Kanadzie. Wśród 48 uczestników Mundialu zabraknie jednak reprezentacji Polski. To pierwszy przypadek od 12 lat, kiedy Biało-Czerwoni nie zagrają na wielkiej imprezie. W oczach polskich kibiców, mistrzostwa tracą przez to na wartości.

Dla pewnej części z nas fakt, że Polska na zbliżających się mistrzostwach nie zagra, jest trudny do zaakceptowania. Szczególnie, że byliśmy „rozpieszczani” w kwestii obecności na najważniejszych turniejach przez ostatnie kilkanaście lat. Słychać oczywiście głosy, że dobrze, że nie jedziemy, że z taką grą nie warto się pokazywać, że i tak byśmy nic nie ugrali. Jednakże cała mundialowa rzeczywistość została pozbawiona takiej swoistej magii, do której się przyzwyczailiśmy – setek programów poświęconych kadrze w Internecie i telewizji, „pompowania balonika”, przewidywań, analiz, czy oczekiwania na mityczne przebudzenie. Śledząc zarówno dyskusje w Internecie, jak i również linię programową w mediach sportowych, można wyczuć, że skupianie się na „underdogach” w postaci Curacao, Haiti czy Uzbekistanu bądź dywagowanie o tym, kto wygra w tym roku, nie jest do końca tym, z czego można czerpać pełną satysfakcję. 

Bo przecież kiedyś było inaczej…

Choć dla mnie, przedstawiciela rocznika ’02, rzeczywistość bez Polski na wielkich turniejach jest czymś nietypowym, przez lata kibice byli przyzwyczajeni, że ewentualny sukces Polaków (bez względu na to, kto i jak go definiował) to pieśń odległej przyszłości. Dyspozycja reprezentacji pozostawiała wiele do życzenia, a wszelkie nadzieje i oczekiwania zostawały brutalnie zweryfikowane przez okrutną dla nas, piłkarską rzeczywistość. Było tak zarówno w 2002, 2006, jak i w 2008. Wiedzieliśmy, że nie ma na co liczyć. Byliśmy po prostu przeciętni, nie było większej nadziei na poprawę. Nie chciało się tego zbytnio oglądać.

Aż w końcu przyszło Euro 2012

Kolejna szansa, po raz kolejny rozbudzone nadzieje. W grupie Grecja, Czechy, Rosja i my, dumni gospodarze turnieju. Zbudowano infrastrukturę, powstały strefy kibica, zaczęliśmy czuć, że tym razem może się udać. A przynajmniej możemy zrobić coś więcej, niż zwykle. Pierwszy mecz, bramka Lewandowskiego, wielka euforia, niedowierzanie, Narodowy eksploduje. Przecież takie otwarcie to spełnienie marzeń.

Potem jednak kubeł zimnej wody. Źle zaczynamy drugą połowę. W 50. minucie tracimy bramkę. Następnie kolejny cios – Szczęsny wylatuje z boiska, na bramce pojawia się Przemysław Tytoń. Jesteśmy sfrustrowani, zmieszani, nie dowierzamy. Nie tak miało być. Nadzieję wzbudza w nas Dariusz Szpakowski:

Tytoń i Karagounis, a za Tytoniem ściana naszych pragnień.

Udało się. Rezerwowy bramkarz broni karnego. Znowu wierzymy. Jednak to nie wystarcza. Kończy się remisem i niedosytem. Mogliśmy zrobić więcej. Kolejne dni stają pod znakiem pytań. Co dalej? Jak zagramy w następnych meczach? Czy mamy jeszcze szanse?

Spotkanie z Rosją pokazuje, że nie będzie łatwo. 37. minuta, Dzagoev karci nas precyzyjną główką po rzucie wolnym. Nie mamy złudzeń. Wyjście z grupy coraz dalej.  W końcu 57. minuta. Dobre podanie od Piszczka, rajd Błaszczykowskiego, rewelacyjny strzał lewą nogą. Bramkarz Rosjan pokonany, mamy remis. Jak on inaczej smakuje w porównaniu do pierwszego meczu. Kończymy z jednym punktem. Mieliśmy zrobić więcej, lecz się nie udało. Jest jednak nadzieja. Musimy pokonać Czechów.

Wszystko albo nic. Wygrywamy – wychodzimy z grupy. Porażki nie bierzemy pod uwagę. Nie chcemy. To przecież nasze Euro. Zaczynamy odważnie. Atakujemy, widać, że nam zależy. Robimy naprawdę wiele, aby w końcu znaleźć trochę radości. Niestety, w drugiej połowie tracimy kontrolę. Jiracek umiejętnie strzela po składnej akcji Czechów. Jeszcze próbujemy, ale bez pozytywnego skutku. Przegrywamy. Nie udało się. Ponownie zawiedliśmy samych siebie.

A potem wcale nie było lepiej

Po Euro 2012 zaczęto rozliczenia – co poszło nie tak, dlaczego, kto był za to odpowiedzialny. Zwolniono Franciszka Smudę, a na jego miejsce zatrudniono Waldemara Fornalika. Dostał misję – awansować na mundial. Tej misji nie podołał. W dość przeciętnym stylu zakończyliśmy eliminacje do Mistrzostw Świata w Brazylii na czwartym miejscu, lądując w tabeli za Anglią, Ukrainą i Czarnogórą. Znów była w nas złość, bezsilność i zmęczenie reprezentacją.

Złe dobrego początki

Na stanowisku selekcjonera kadry Waldemara Fornalika zastąpił Adam Nawałka. To właśnie za jego kadencji udało nam się po latach ponownie trafić na wielką imprezę. W eliminacjach do Euro 2016 przegraliśmy tylko raz (3:1 z Niemcami), wykazując się solidną grą i wielkim zaangażowaniem, czego świetnym dowodem było pamiętne 2:2 ze Szkotami na Hampden. Na Euro do Francji pojechaliśmy ze świadomością, że ta kadra może nam przynieść dużo radości.

I tak się stało. Po zdobyciu 7 punktów dostaliśmy się do 1/8 finału, gdzie po karnych pokonaliśmy Szwajcarów. Ćwierćfinał z Portugalią, choć niezwykle zacięty, z perspektywy czasu kojarzony jest jednak z wybudzeniem nas z pięknego snu. Do dziś szkoda tego karnego Błaszczykowskiego, bo w półfinale czekała Walia, a w potencjalnym finale Francja. Mogło dziać się jeszcze wiele. Ten, mimo wszystko, sukces, stał się kamieniem milowym. Momentem, który zapisał się w naszej pamięci na długo. Chwilą, przez którą znowu pokochaliśmy kadrę i przestaliśmy obrażać się na piłkę nożną.

Co było, a nie jest…

Osiągnięty we Francji wynik rozpalił nasze nadzieje na mundial w 2018. Dobry rezultat dał kibicom do zrozumienia, że w końcu wielka, reprezentacyjna piłka to nie jest ekskluzywne środowisko dla wybranych – to miejsce, gdzie naprawdę możemy się dostać. Tym bardziej, że grupę eliminacyjną do mistrzostw świata w Rosji przekonująco wygraliśmy. Na wschód pojechaliśmy z planem sprawdzenia swoich umiejętności na tle globalnym. Poczuliśmy, że w grupie z Senegalem, Japonią i Kolumbią będziemy w stanie rywalizować na całkiem dobrym poziomie.

Mundial w Rosji okazał się jednak katastrofą. W dość kompromitujący sposób przegraliśmy z Senegalem. Następnie, nasze szanse na wyjście z grupy zostały ostatecznie pogrzebane po porażce z Kolumbią, podsumowaną przez Jacka Laskowskiego słynnym już „mundialem w 4K”. Jako nagrodę, marnego bądź co bądź, pocieszenia, zwyciężyliśmy z Japonią, kończąc mistrzostwa na ostatnim miejscu w grupie H. 

Zmiany, zmiany, zmiany

Receptą na ból po nieudanej imprezie była kolejna roszada na ławce trenerskiej. Na miejsce Nawałki wskoczył Jerzy Brzęczek. Celem postawionym przez PZPN był awans na Euro 2020 oraz „odświeżenie” szatni. Ku zaskoczeniu wielu, założenie dostania się na Mistrzostwa Europy udało się spełnić. Podobnie jak w eliminacjach do MŚ 2018, na Euro trafiliśmy z pierwszego miejsca w grupie. Pomimo zadowalającego wyniku, zły wizerunek Brzęczka w oczach dziennikarzy oraz zarządu spowodował, że polskiego szkoleniowca zastąpił Paulo Sousa. To właśnie za kadencji Portugalczyka zagraliśmy na jubileuszowym Euro.

I kolejny zimny prysznic…

Jak wiadomo, Mistrzostwa Europy, podobnie jak Mistrzostwa Świata, zakończyły się dla nas bardzo szybko. W grupie ze Szwecją, Słowacją i Hiszpanią zdobyliśmy zaledwie 1 punkt. Znowu, pomimo dobrego preludium w postaci eliminacji przekonaliśmy się, że Euro w 2016 było ewenementem, a radość z kadry szybko nie wróci. Przegrane Euro udało się jednak odbić awansem na mundial w Katarze. Po kontrowersyjnym odejściu z kadry Paulo Sousy, stery w reprezentacji Polski przejął Czesław Michniewicz.

Wpadliśmy w błędne koło

Eliminacje z happy endem, słaba główna impreza, nowy trener. Taki schemat powtórzył się kilkukrotnie w trakcie zaledwie kilku lat po sukcesie we Francji. Na Mistrzostwach w Katarze w 2022 wyszliśmy co prawda z grupy (z niemałymi problemami), lecz wciąż atmosfera wokół kadry nie była pozytywna. Dodając do tego niesławną „aferę premiową”, po raz kolejny na pozycji selekcjonera utworzył się wakat. Na ławkę trenerską zasiadł Fernando Santos. Posadę utrzymał jednak tylko przez 8 miesięcy, pozostawiając wśród entuzjastów polskiej piłki reprezentacyjnej dość duży niesmak. Szansę wykazania się jako selekcjonerowi dano Michałowi Probierzowi, który zaprowadził nas na piątą dużą imprezę z rzędu, czyli Euro 2024.

Gdzieś to już widzieliśmy

Reprezentacja znów zawiodła. Euro 2024, podobnie jak wcześniejsze trzy imprezy, zakończyło się dla nas klęską. Nie zmienia to faktu, że niektórzy wciąż szukali pozytywów. Bo znowu zagraliśmy na mistrzostwach, bo czuć było jakiekolwiek napięcie, bo warto było zasiąść przed telewizorem, bo mamy kolejne (dość burzliwe, ale jednak) wspomnienia.

I ja w tym gronie bym się odnalazł. Dlaczego? Jak to mówią, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Zawsze kadra wzbudzała we mnie emocje, jak pewnie w wielu z nas. A prestiżowy turniej? Już od dłuższego czasu zakłada się, że pewnie skończy się jak zwykle, ale trzeba cieszyć się, że można tę reprezentację obejrzeć.

Tym razem takiej okazji nie będzie

Po przejęciu reprezentacji przez Jana Urbana, można było wierzyć, że tak, jak od 2016 roku, trafimy na ważne, reprezentacyjne zawody. Finałowy mecz barażowy ze Szwecją przyniósł nam jednak inne rozstrzygnięcie. Takie, którego nie chcieliśmy. Takie, które trudno zaakceptować. Pomimo różnych perypetii i naszego krytycznego spojrzenia na polski futbol, na mundialu w Ameryce Północnej mieliśmy zamiar się pojawić. Nawet zakładając już ustandaryzowany scenariusz meczu otwarcia, meczu o wszystko i meczu o honor. W gronie 48 drużyn Polska się jednak nie znalazła. A wraz z tą nieobecnością zgasł ten zapał do śledzenia mundialu.

Będzie trochę inaczej

Będzie inaczej nie tylko ze względu na nietypowe (dla Europejczyków) godziny rozgrywania meczów. Sedno w tym, że tym razem nie doświadczymy za kilka dni ani radości jak w 2016, ani rozbudzonych pragnień jak w 2012, ani też takiego swoistego narzekania i niespełnionych oczekiwań jak w 2018 czy 2024. Mistrzostwa dla wielu z nas przejdą bez echa, a przynajmniej nie będą tak bardzo istotne, jak kiedyś. Tak, włączymy parę spotkań, obejrzymy poczynania tych większych i tych mniejszych reprezentacji, ale wciąż będzie czuć niedosyt, że Polaków tam nie ma, że ten dreszczyk emocji jednak się nie pojawi.

Tym razem musimy obejść się smakiem i poczekać. Na emocjonujące mecze, na thriller w eliminacjach, na coś wielkiego. Najbliższa szansa na napisanie kolejnego rozdziału w historii naszych udziałów na imprezach mistrzowskich nadejdzie dopiero za dwa lata. Zobaczymy, czy wciąż będzie w nas zapał, aby z powrotem uwierzyć w sukces kadry.

 

Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *