Hellebrand odszedł. I wiecie co? Rozumiem go.

Hellebrand odszedł. I wiecie co? Rozumiem go.

Transfer Patrika Hellebranda do Korony Kielce wywołał wśród kibiców Górnika prawdziwą burzę. I trudno się dziwić.

Mówimy przecież o jednym z najlepszych pomocników Ekstraklasy, liderze środka pola, zawodniku, który jeszcze kilka tygodni temu świętował z Górnikiem zdobycie Pucharu Polski i wicemistrzostwo kraju.

Dodatkowo kierunek transferu zaskoczył chyba wszystkich. Z drużyny walczącej o najwyższe cele do zespołu, który jeszcze niedawno oglądał się za siebie i drżał o utrzymanie.

Przyznam szczerze – gdy usłyszałem o transferze Hellebranda do Korony Kielce, byłem zły. Zaskoczony. Chyba nawet rozczarowany. Jak wielu kibiców Górnika nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego jeden z liderów drużyny opuszcza klub w momencie, gdy wszystko wydaje się iść we właściwym kierunku.

W głowie miałem te wszystkie wywiady, w których mówił o tym, jak dobrze czuje się w Zabrzu. Do dziś mam przed oczami jeden szczególny moment. Jego pierwszą bramkę strzeloną przy Roosevelta. Po golu podbiegł do kibiców i ucałował herb na koszulce.

Siedziałem wtedy na stadionie z moim dziesięcioletnim synem. Pamiętam, że powiedziałem mu: „Zobacz, to bardzo ważny gest. Nie każdy piłkarz tak robi”. Dlatego wiadomość o transferze zabolała mnie chyba bardziej, niż powinien zwykły transfer.

Ale od tamtej chwili minęło już trochę czasu. Emocje opadły. I postanowiłem spojrzeć na tę sytuację nie tylko oczami kibica Górnika.

Spróbowałem spojrzeć na nią oczami pracownika. Ojca. Męża.

I wtedy ten transfer zaczął wyglądać trochę inaczej

 

Kibic widzi zdradę. Piłkarz widzi pracę

Dla wielu kibiców to nie tylko sportowa strata. To poczucie zawodu. Bo Hellebrand wielokrotnie mówił, jak dobrze czuje się w Zabrzu. Jak ważny jest dla niego Górnik. Jak bardzo docenia szansę, którą tutaj dostał.

Dlatego w mediach społecznościowych momentalnie pojawiły się zarzuty o brak lojalności, wybór pieniędzy i zwykłą niewdzięczność. Rozumiem te emocje. Naprawdę. Ale piłka nożna to piękna historia, emocje i przywiązanie do barw. Dla nas. Dla zawodnika jest jednak również zawodem.

Paweł Bochniewicz napisał wczoraj coś, o czym wielu kibiców nie chce pamiętać: 

Screenshot-2026-06-17-10-22-21-233-com-twitter-android-edit

I jest w tym sporo prawdy. Kibice często oczekują od piłkarzy romantyzmu, którego sami nie wykazaliby w podobnej sytuacji.

Jednak większość z nas również zmieniłaby pracę, gdyby ktoś zaoferował nam znacznie lepsze warunki. Zwłaszcza jeśli chodziłoby o zabezpieczenie przyszłości własnej rodziny.

Nie oznacza to automatycznie braku szacunku do poprzedniego pracodawcy. Nie oznacza też, że wcześniejsze słowa były nieszczere. Można czuć się dobrze w klubie. Można szanować kibiców. Można lubić miasto i szatnię. A jednocześnie podjąć decyzję o odejściu.

Życie rzadko bywa czarno-białe. 

 

Nie każdy może odrzucić kontrakt życia

Kariera piłkarza trwa kilkanaście lat. Czasami nawet krócej.

Jedna poważna kontuzja potrafi przewrócić wszystko do góry nogami. Dziś jesteś gwiazdą ligi, jutro walczysz o powrót do zdrowia.

Hellebrand ma 27 lat. Jest w najlepszym wieku dla środkowego pomocnika. Jeśli rzeczywiście otrzymał od Korony ofertę znacząco przewyższającą tę, którą mógł dostać w Zabrzu, trudno oczekiwać, że nawet się nad nią nie zastanowi.

Mówi się o rekordowym kontrakcie w historii Korony Kielce. Szczegółów nie znamy i pewnie długo nie poznamy, ale skoro zawodnik zdecydował się na tak zaskakujący ruch, różnica musiała być znacząca.
[EDIT: po opublikowaniu artykułu ukazały się doniesienie mówiące o pensji w wysokości 600 tyś. euro netto za sezon]

Wielu kibiców mówi dziś: „Ja bym został”.

Być może.

Ale łatwo odrzuca się wielkie pieniądze wtedy, gdy nie leżą na stole.

 

Nie każdy transfer da się zablokować

W całej tej historii łatwo zapomnieć, że każdy kij ma dwa końce.

Jestem przekonany, że Hellebrand chciał dać szansę Górnikowi na przebicie oferty z Kielc. Zakładam, że rozmowy o podwyżce trwały od dłuższego czasu. Być może klub nie był w stanie spełnić oczekiwań zawodnika. Być może nie chciał burzyć struktury płacowej.

Bo jeśli jeden piłkarz zaczyna zarabiać zdecydowanie więcej od reszty zespołu, wcześniej czy później pojawiają się pytania ze strony innych zawodników.

A zdrowa szatnia jest często warta więcej niż jeden, nawet bardzo dobry piłkarz.

Kilka tygodni temu Lukas Podolski powiedział słowa, które dziś brzmią wyjątkowo aktualnie:

„Powiem teraz ogólnie, nie w odniesieniu do konkretnego piłkarza. Nie chcę mieć w klubie gracza, którego zatrzymanie sprawiłoby, że jest obrażony na klub, nie w pełni skoncentrowany przez to na grze, marudzący w szatni. Interesują mnie tylko gracze, którzy w stu procentach myślą o grze dla Górnika. Albo chcesz grać w Górniku, albo nie. Jeśli nie, to droga wolna.”

To nie była złośliwość.

To była filozofia budowania drużyny.

Na świecie są tysiące piłkarzy. Górnik wielokrotnie udowodnił, że potrafi znajdować zawodników, rozwijać ich i tworzyć z nich liderów.

Hellebrand przyszedł do Zabrza praktycznie za darmo. Odchodzi za duże pieniądze.

Tak również buduje się nowoczesny klub.

 

Nie każdy musi być Podolskim

W dyskusjach natychmiast pojawiły się porównania do Lukasa Podolskiego, który odrzucił wielkie kontrakty, aby dotrzymać słowa i zagrać w ukochanym Górniku.

Podolski jest legendą Górnika i człowiekiem, który już dawno nie musi martwić się finansami. Łatwiej podjąć taką decyzję mając konto wypchane milionami euro i stabilną, rozpoznawalną markę na świecie.

Nie każdy piłkarz musi być romantykiem. Nie każdy ma obowiązek odrzucać największy kontrakt w karierze.

I nie każdy, kto odchodzi, staje się zdrajcą.

 

Zapamiętajmy, co dał Górnikowi

W całej tej dyskusji o pieniądzach, lojalności i transferach zgubiliśmy chyba najważniejsze.

Przez dwa lata Patrik Hellebrand po prostu świetnie grał w piłkę dla Górnika Zabrze.

Przyszedł jako anonimowy ligowiec z Czech. Odszedł jako jeden z najlepszych środkowych pomocników Ekstraklasy.

Był sercem drugiej linii. Zawodnikiem, przez którego przechodziła większość akcji. Piłkarzem, który nadawał tempo grze i wykonywał ogrom pracy niewidocznej w statystykach. Który na boisku zostawiał serce i litry potu.

Był jednym z architektów największego sukcesu Górnika od wielu lat – Pucharu Polski i wicemistrzostwa kraju.

Powrotu marzeń wśród zabrzańskich kibiców.

Takich zawodników nie zastępuje się z dnia na dzień.

I dlatego jego odejście boli.

Bo po prostu będzie go cholernie trudno zastąpić.

 

Dziękuję, Patrik

Mimo wszystko nie chcę zapamiętać Hellebranda przez pryzmat jednego podpisu pod kontraktem.

Wolę pamiętać finał Pucharu Polski.

Wolę pamiętać mecze, w których dominował środek pola.

Wolę pamiętać walkę o każdą piłkę, zaangażowanie i profesjonalizm, które pokazywał od pierwszego do ostatniego meczu w trójkolorowych barwach.

Dlatego zamiast dołączać do internetowego linczu, wolę powiedzieć jedno:

Dziękuję, Patrik. Za dwa świetne sezony.

Za emocje. Za zaangażowanie.

Za współtworzenie drużyny, która sprawiła, że kibice Górnika znów mogli marzyć o wielkich rzeczach.

Powodzenia w Kielcach.

 

A Górnik?

Górnik był przed Hellebrandem i będzie po Hellebrandzie.

Ten klub nie raz tracił wielkich piłkarzy i zawsze potrafił się podnieść.

Przed nami nowy sezon, europejskie puchary, nowe emocje i nowi bohaterowie.

Jednego zawodnika da się zastąpić.

Mentalności zwycięzców – nigdy.

Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *