Mistrzostwa świata to największe piłkarskie święto na globie. To turniej, na którym najwięksi bohaterowie zapisują się w historii futbolu, a całe narody przez kilka tygodni żyją marzeniami o zdobyciu najcenniejszego trofeum.
Jednak mundiale to nie tylko triumfy faworytów. To również miejsce, gdzie od czasu do czasu dzieje się coś, czego nie przewidują eksperci, bukmacherzy ani kibice. Drużyny skazywane na porażkę nagle stają się bohaterami, wielkie potęgi przeżywają bolesne upadki, a mecze uznawane za formalność zamieniają się w wydarzenia wspominane przez kolejne pokolenia.
W ponad dziewięćdziesięcioletniej historii mistrzostw świata takich momentów nie brakowało. Niektóre trwały zaledwie 90 minut, inne rozciągały się na cały turniej. Wszystkie miały jednak wspólny mianownik – sprawiły, że piłkarski świat przecierał oczy ze zdumienia.
Przedstawiam mój subiektywny ranking dziesięciu największych sensacji w historii mundiali. Historii, które udowodniły, że na mistrzostwach świata nie ma rzeczy niemożliwych.
10. Kostaryka podbija „grupę śmierci” (2014)
Gdy losowanie grup mistrzostw świata w Brazylii dobiegło końca, większość ekspertów była zgodna – Kostaryka nie ma większych szans na awans. Trafiła bowiem do grupy z trzema byłymi mistrzami świata: Urugwajem, Włochami i Anglią. Już wtedy grupę D okrzyknięto mianem „grupy śmierci”.
Kostarykanie przyjechali jednak do Brazylii bez kompleksów. W meczu otwarcia przegrywali z Urugwajem 0:1, ale po przerwie odwrócili losy spotkania i wygrali 3:1. Wielu obserwatorów uznało ten wynik za przypadek. Kilka dni później okazało się jednak, że nie był to jednorazowy wyskok.
W drugim spotkaniu Kostaryka pokonała Włochów 1:0 po bramce Bryana Ruiza. Wynik ten miał ogromne konsekwencje – z turniejem pożegnała się Anglia, która po dwóch porażkach straciła szanse na wyjście z grupy jeszcze przed ostatnią kolejką. W meczu zamykającym fazę grupową Kostarykanie zremisowali bezbramkowo z Anglią i sensacyjnie zajęli pierwsze miejsce w grupie.
Bilans? Siedem punktów, pierwsze miejsce i pozostawienie za sobą trzech piłkarskich gigantów.
W 1/8 finału reprezentacja z Ameryki Środkowej zmierzyła się z Grecją. Po niezwykle dramatycznym meczu, w którym przez ponad pół godziny grała w osłabieniu, awansowała po rzutach karnych. Dopiero w ćwierćfinale jej marsz zatrzymała Holandia Louisa van Gaala. Po 120 minutach był remis 0:0, a o wszystkim zdecydowała seria jedenastek. Holendrzy wygrali 4:3.
Choć Kostaryka odpadła, wracała do domu jako jedna z największych rewelacji w historii mistrzostw świata.
Przed turniejem FIFA sklasyfikowała Kostarykę dopiero na 28. miejscu rankingu światowego. W grupie znalazły się reprezentacje, które łącznie miały siedem tytułów mistrzów świata. Niewielu ekspertów dawało Kostarykanom choćby cień szansy na awans.
Tymczasem nie tylko wyszli z grupy, ale dotarli aż do ćwierćfinału, nie przegrywając żadnego meczu w regulaminowym czasie gry.
Największą gwiazdą drużyny był bramkarz Keylor Navas. Jego interwencje przeciwko Grecji i Holandii przeszły do historii mundiali. Kilka tygodni po turnieju trafił do Realu Madryt, gdzie wygrał później trzy Ligi Mistrzów z rzędu.
W ofensywie błyszczeli Bryan Ruiz, Joel Campbell i Celso Borges, ale siłą Kostaryki był przede wszystkim doskonale funkcjonujący kolektyw.
Po awansie do ćwierćfinału w Kostaryce wybuchła prawdziwa narodowa euforia. Dzień powrotu reprezentacji do kraju zamienił się w wielkie święto. Tysiące ludzi wyszły na ulice San José, aby przywitać piłkarzy, którzy osiągnęli największy sukces w historii kostarykańskiego futbolu.
9. Korea Północna szokuje świat. Włochy za burtą mundialu (1966)
Mistrzostwa świata w Anglii w 1966 roku przeszły do historii przede wszystkim dzięki triumfowi gospodarzy. Jednak dla wielu kibiców największym wydarzeniem turnieju była sensacja, którą sprawili piłkarze Korei Północnej.
Dziś awanse egzotycznych reprezentacji do fazy pucharowej nikogo już nie dziwią. Sześćdziesiąt lat temu sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej. Drużyny spoza Europy i Ameryki Południowej były traktowane jako statyści, którzy mieli jedynie uzupełniać stawkę uczestników mistrzostw świata.
Korea Północna przyjechała do Anglii jako debiutant i absolutny outsider. Dla większości kibiców była drużyną całkowicie anonimową. Tymczasem los sprawił, że w grupie przyszło jej rywalizować między innymi z dwukrotnymi mistrzami świata – Włochami. Po remisie z Chile i porażce z ZSRR Koreańczycy stali przed prostym zadaniem – aby awansować, musieli pokonać Italię. Mało kto wierzył, że jest to możliwe.
19 lipca 1966 roku na stadionie Ayresome Park w Middlesbrough doszło do jednego z największych szoków w historii futbolu. W 42. minucie Pak Doo-ik wykorzystał zamieszanie w polu karnym i pokonał włoskiego bramkarza. Jak się później okazało, była to jedyna bramka meczu.
Włosi przez całą drugą połowę desperacko próbowali odrobić straty, jednak nie potrafili sforsować ambitnie walczącej defensywy Korei Północnej. Po końcowym gwizdku świat przecierał oczy ze zdumienia – Korea Północna wygrała 1:0 i wyrzuciła jednego z faworytów turnieju z mistrzostw świata. Strzelcem zwycięskiego gola przeciwko Włochom był Pak Doo-ik. Co ciekawe, nie był zawodowym piłkarzem w zachodnim rozumieniu tego słowa. Oficjalnie służył w armii Korei Północnej jako sierżant. Po powrocie do kraju został bohaterem narodowym, a jego nazwisko na stałe zapisało się w historii mundiali.
We Włoszech porażka została odebrana jak katastrofa narodowa. Piłkarze wracali do kraju w atmosferze skandalu. Na lotnisku czekały tłumy rozwścieczonych kibiców. Według relacji z tamtych lat zawodnicy byli wygwizdywani, wyzywani, a w ich kierunku poleciały nawet pomidory i zgniłe owoce. Szczególnie oberwało się trenerowi Edmondo Fabbriemu, który wkrótce stracił stanowisko.
Sensacja nie zakończyła się na pokonaniu Włochów. W ćwierćfinale Korea Północna zmierzyła się z Portugalią prowadzoną przez legendarnego Eusébio. I przez chwilę wydawało się, że historia napisze jeszcze bardziej niewiarygodny rozdział. Już po 25 minutach Koreańczycy prowadzili 3:0!
Portugalia była na kolanach, a cały stadion nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Wtedy jednak do akcji wkroczył Eusébio. Jeden z najlepszych piłkarzy swojej epoki zdobył aż cztery bramki, prowadząc Portugalczyków do zwycięstwa 5:3. Do dziś jest to jeden z najbardziej szalonych meczów w historii mistrzostw świata.
8. Senegal rzuca na kolana mistrzów świata (2002)
Mundial 2002 miał należeć do Francji. Trójkolorowi przyjechali do Korei Południowej i Japonii jako aktualni mistrzowie świata oraz mistrzowie Europy. W ich składzie znajdowali się zawodnicy, którzy stanowili światową czołówkę – Patrick Vieira, Marcel Desailly, Thierry Henry, David Trezeguet czy Youri Djorkaeff. Po drugiej stronie boiska stanął Senegal. Debiutant. Reprezentacja kraju, który nigdy wcześniej nie wystąpił na mistrzostwach świata. Dla większości ekspertów mecz otwarcia miał być formalnością.
Okazało się jednak, że piłka nożna po raz kolejny postanowiła napisać własny scenariusz. Senegalczycy nie zamierzali pełnić roli statystów. Od pierwszych minut imponowali szybkością, agresywnym pressingiem i ogromną determinacją. W 30. minucie wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Po dośrodkowaniu z prawej strony w polu karnym Francji zapanowało zamieszanie. Piłka trafiła pod nogi Papa Bouby Diopa, który z kilku metrów skierował ją do siatki.
Stadion oszalał, a piłkarski świat zaczął przecierać oczy ze zdumienia. Po zdobytej bramce Papa Bouba Diop pobiegł do chorągiewki narożnej, gdzie wraz z kolegami wykonał spontaniczny taniec. Ta scena natychmiast stała się jednym z symboli całego mundialu. Do dziś zdjęcia i nagrania z tej celebracji pojawiają się w zestawieniach najbardziej pamiętnych momentów mistrzostw świata.
Francuzi rzucili się do odrabiania strat, ale tego dnia nic nie układało się po ich myśli. Senegalczycy bronili się niezwykle ofiarnie, a każda kolejna minuta przybliżała ich do historycznego zwycięstwa. Po końcowym gwizdku stało się jasne – mistrzowie świata przegrali z debiutantem.
Francja nie zdołała się podnieść po porażce w meczu otwarcia. Zremisowała z Urugwajem, przegrała z Danią i odpadła już w fazie grupowej, nie zdobywając ani jednej bramki.
Wielu sądziło, że Senegalowi po prostu udał się jeden mecz. Piłkarze Bruno Metsu szybko udowodnili, że są znacznie lepsi, niż przypuszczano. Po remisie z Danią i Urugwajem wyszli z grupy, a następnie w 1/8 finału wyeliminowali Szwecję po słynnym „złotym golu” Henriego Camary. Ich piękna przygoda zakończyła się dopiero w ćwierćfinale po porażce z Turcją.
Do dziś Senegal pozostaje jednym z najbardziej udanych debiutantów w historii mistrzostw świata.
Architektem sukcesu afrykańskiej drużyny był francuski szkoleniowiec Bruno Metsu. Nie był wielkim nazwiskiem, ale potrafił stworzyć wyjątkową atmosferę w drużynie. Wielu piłkarzy wspominało później, że Senegal w 2002 roku bardziej przypominał rodzinę niż reprezentację narodową. Metsu stał się w Senegalu bohaterem narodowym, a jego zdjęcia pojawiały się na murach i billboardach w całym kraju.
7. Gospodarze burzą futbolowy porządek (2002)
Przez dziesięciolecia reprezentacje z Azji były na mistrzostwach świata jedynie tłem dla europejskich i południowoamerykańskich potęg. Owszem, zdarzały się pojedyncze niespodzianki, ale nikt nie wyobrażał sobie, że drużyna z tego kontynentu może walczyć o medale. W 2002 roku Korea Południowa zmieniła historię.
Gospodarze turnieju nie tylko wyszli z grupy, ale dotarli aż do półfinału mistrzostw świata. Do dziś pozostaje to najlepszy wynik osiągnięty przez azjatycką reprezentację w historii mundiali.
Korea Południowa po raz pierwszy organizowała mistrzostwa świata, wspólnie z Japonią. Dla całego kraju było to wydarzenie o ogromnym znaczeniu. Na ulicach Seulu, Pusan i Daegu pojawiły się tysiące czerwonych koszulek. Kibice nazwani „Czerwonymi Diabłami” zamieniali centra miast w wielkie strefy kibica. Gdy reprezentacja zaczęła wygrywać, kraj dosłownie oszalał na punkcie futbolu.
Kilka miesięcy przed mundialem stery reprezentacji powierzono Guusowi Hiddinkowi. Holenderski szkoleniowiec był już cenionym trenerem, ale wielu obserwatorów zastanawiało się, czy zdoła wycisnąć coś więcej z drużyny, która nigdy wcześniej nie wygrała meczu w fazie grupowej mistrzostw świata. Hiddink postawił na intensywny pressing, znakomite przygotowanie fizyczne i dyscyplinę taktyczną. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania.
Koreańczycy rozpoczęli turniej od zwycięstwa 2:0 nad Polską. Następnie zremisowali 1:1 ze Stanami Zjednoczonymi i pokonali Portugalię 1:0, eliminując jedną z najmocniejszych drużyn Europy. Po raz pierwszy w historii reprezentacja Korei Południowej awansowała do fazy pucharowej mundialu.
To był jednak dopiero początek.
W 1/8 finału rywalem gospodarzy były Włochy z Christianem Vierim, Alessandro Del Piero, Francesco Tottim i Paolo Maldinim w składzie. Italia objęła prowadzenie już w 18. minucie po golu Vieriego i długo kontrolowała przebieg meczu. Koreańczycy nie zamierzali jednak się poddawać.
Na dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Seol Ki-hyeon doprowadził do remisu. W dogrywce złotego gola zdobył Ahn Jung-hwan i Korea wygrała 2:1. Włosi byli w szoku.
Los chciał, że autorem decydującego trafienia był zawodnik występujący na co dzień we włoskiej Perugii. Reakcja we Włoszech była natychmiastowa. Prezes klubu Luciano Gaucci publicznie ogłosił, że nie zamierza zatrzymywać piłkarza, który „zniszczył włoski futbol”. Choć później próbował łagodzić swoje słowa, historia błyskawicznie obiegła świat i stała się jedną z najbardziej pamiętnych anegdot mundialu 2002.
W ćwierćfinale Korea zmierzyła się z Hiszpanią. Po 120 minutach gry utrzymywał się bezbramkowy remis. W serii rzutów karnych lepsi okazali się gospodarze. Korea Południowa awansowała do półfinału mistrzostw świata. Azjatycka reprezentacja znalazła się w najlepszej czwórce globu.
Nie sposób opowiadać o sukcesie Korei bez wspomnienia o ogromnych kontrowersjach. W meczu z Włochami sędzia Byron Moreno podjął kilka decyzji, które do dziś wywołują gorące dyskusje. Jeszcze więcej emocji wzbudziło spotkanie z Hiszpanią, podczas którego anulowano dwa gole zdobyte przez Hiszpanów.
Wielu kibiców uważa, że gospodarze otrzymali pomoc arbitrów. Inni zwracają uwagę, że Korea przez cały turniej prezentowała fantastyczne przygotowanie fizyczne i ogromną wolę walki. Bez względu na ocenę decyzji sędziowskich faktem pozostaje, że Korea Południowa znalazła się w półfinale mistrzostw świata i zapisała się w historii futbolu.
W półfinale Koreańczycy przegrali z Niemcami 0:1 po golu Michaela Ballacka. W meczu o trzecie miejsce ulegli Turcji 2:3. Ostatecznie zakończyli mundial na czwartym miejscu.
6. Historia pisana po arabsku (2022)
Afrykański futbol od dekad czekał na swój wielki moment. Kamerun w 1990 roku, Senegal w 2002 i Ghana w 2010 były bardzo blisko, ale żadnej reprezentacji z Czarnego Lądu nie udało się awansować do półfinału mistrzostw świata. W Katarze bariera, która przez lata wydawała się nie do pokonania, w końcu została przełamana.
Maroko nie tylko zostało pierwszym afrykańskim półfinalistą mundialu. Po drodze wyeliminowało dwie europejskie potęgi i sprawiło, że cały arabski oraz afrykański świat żył jednym marzeniem.
Już samo losowanie nie było dla Maroka łaskawe. W grupie znaleźli się finaliści poprzedniego mundialu – Chorwacja, trzecia drużyna świata Belgia oraz nieprzewidywalna Kanada. Większość ekspertów zakładała, że walka o awans rozstrzygnie się pomiędzy Chorwacją a Belgią. Maroko miało co najwyżej spróbować namieszać.
Tymczasem już pierwszy mecz z Chorwacją zakończył się bezbramkowym remisem. Następnie Marokańczycy pokonali Belgię 2:0, wywołując jedną z największych sensacji fazy grupowej. Na zakończenie wygrali z Kanadą 2:1. Efekt? Pierwsze miejsce w grupie i zaledwie jedna stracona bramka – samobójcza.
W 1/8 finału rywalem była Hiszpania. „La Roja” kontrolowała piłkę przez większość spotkania i wykonała ponad tysiąc podań. Problem polegał na tym, że niemal nic z tego nie wynikało.
Marokańczycy bronili się z niezwykłą dyscypliną, a kiedy trzeba było, błyszczał bramkarz Yassine Bounou. Po 120 minutach było 0:0.
W serii rzutów karnych wydarzyło się coś niewiarygodnego – Hiszpanie nie wykorzystali żadnej z trzech pierwszych prób. Maroko wygrało konkurs jedenastek 3:0 i po raz pierwszy w historii awansowało do ćwierćfinału mistrzostw świata.
W ćwierćfinale czekała Portugalia Cristiano Ronaldo, która w poprzedniej rundzie rozniosła Szwajcarów aż 6:1. Większość obserwatorów uznała, że piękna przygoda Maroka właśnie dobiegnie końca. Tymczasem w 42. minucie Youssef En-Nesyri wyskoczył wyżej od portugalskich obrońców i bramkarza, po czym głową skierował piłkę do siatki. Do końca meczu Portugalia nacierała, ale Maroko przetrwało oblężenie. Po końcowym gwizdku afrykańska drużyna po raz pierwszy w historii znalazła się w półfinale mundialu.
Sukces Maroka błyskawicznie wykroczył poza granice kraju. W Rabacie, Casablance, Tangerze i Marrakeszu tysiące ludzi wyszły na ulice. Podobne sceny można było zobaczyć w Algierii, Tunezji, Egipcie czy krajach Zatoki Perskiej. Po raz pierwszy reprezentacja afrykańska i arabska znalazła się tak blisko finału mistrzostw świata. Dla milionów ludzi był to sukces znacznie większy niż zwykły wynik sportowy.
Po każdym zwycięstwie kibice na całym świecie zwracali uwagę na jeden wyjątkowy obrazek. Marokańscy piłkarze regularnie zapraszali swoje matki na murawę, wspólnie świętując historyczne sukcesy. Najbardziej znane stały się zdjęcia Achrafa Hakimiego tańczącego z mamą po zwycięstwie nad Hiszpanią. Te sceny podbiły media społecznościowe i stały się jednym z symboli całego turnieju.
Siłą Maroka nie były gwiazdy ofensywy, lecz fenomenalna organizacja gry. Przez pierwsze pięć meczów mundialu rywale nie zdobyli przeciwko Maroku ani jednej bramki z gry. Jedyny gol stracony przed półfinałem był trafieniem samobójczym.
Na drodze Maroka stanęły Belgia, Chorwacja, Hiszpania i Portugalia. Żadna z tych drużyn nie potrafiła pokonać Yassine’a Bounou.
W półfinale Maroko trafiło na obrońców tytułu – Francję. Mimo ambitnej walki przegrało 0:2. W meczu o trzecie miejsce uległo Chorwacji 1:2 i ostatecznie zakończyło turniej na czwartym miejscu.
Nie miało to jednak większego znaczenia. Maroko i tak zapisało się złotymi zgłoskami w historii futbolu.
5. Nieposkromione Lwy ryczą na cały świat (1990)
Przed mistrzostwami świata we Włoszech mało kto traktował Kamerun poważnie. Owszem, reprezentacja ta miała już na koncie dwa triumfy w Pucharze Narodów Afryki, ale na mundialach afrykańskie drużyny wciąż postrzegano jako egzotyczny dodatek do turnieju, a nie kandydatów do sprawiania sensacji. Tymczasem Kamerun nie tylko sprawił sensację. On zmienił sposób, w jaki świat patrzył na afrykański futbol.
8 czerwca 1990 roku na stadionie San Siro w Mediolanie odbył się mecz otwarcia mistrzostw świata. Rywalami byli aktualni mistrzowie świata – Argentyna Diego Maradony – oraz Kamerun.
Dla większości kibiców wynik wydawał się formalnością. Argentyńczycy przyjechali do Włoch jako obrońcy tytułu zdobytego cztery lata wcześniej w Meksyku. W składzie mieli Maradonę, Burruchagę, Sensiniego czy Troglio. Kamerun miał być tylko pierwszym przystankiem na drodze do kolejnego sukcesu Albicelestes.
Stało się jednak coś, czego nikt się nie spodziewał. W 67. minucie François Omam-Biyik wyskoczył do dośrodkowania i głową pokonał Nery’ego Pumpidę. Argentyński bramkarz popełnił błąd, który do dziś wspominany jest w mundialowych archiwach. Kamerun wygrał 1:0.
Co jeszcze bardziej niezwykłe, kończył mecz w dziewięciu zawodników po dwóch czerwonych kartkach. Mistrz świata został pokonany przez afrykańskiego outsidera.
W fazie grupowej Kamerun wygrał również z Rumunią (2:1). Obie bramki zdobył Roger Milla. Po trafieniach pobiegł pod chorągiewkę narożną i wykonał charakterystyczny taniec biodrami. Miliony widzów na całym świecie zakochały się w tym geście. Mundial 1990 miał wiele gwiazd, ale to właśnie tańczący Roger Milla stał się jednym z symboli całego turnieju.
Historia jego występu na mundialu sama w sobie nadaje się na film. Milla miał już 38 lat i praktycznie zakończył reprezentacyjną karierę. Według wielu źródeł do powrotu przekonał go osobiście prezydent Kamerunu Paul Biya, który uważał, że drużyna potrzebuje jego doświadczenia. Weteran po namowach pojechał na włoski Mundial.
Była to jedna z najlepszych decyzji w historii afrykańskiego futbolu. Milla zakończył mundial z czterema golami i został najstarszym strzelcem bramki w historii mistrzostw świata. Cztery lata później, na mundialu w USA, poprawił własny rekord, trafiając do siatki Rosji w wieku 42 lat.
Po wyjściu z grupy Kamerun zmierzył się w 1/8 finału z Kolumbią. Mecz długo pozostawał bezbramkowy. W dogrywce ponownie błysnął Roger Milla, zdobywając dwie bramki. Kamerun wygrał 2:1 i został pierwszą afrykańską reprezentacją w historii, która awansowała do ćwierćfinału mistrzostw świata.
W ćwierćfinale rywalem Kamerunu była Anglia. Początkowo wszystko układało się po myśli Afrykanów. Po golach Emmanuela Kundé i Eugène’a Ekéké prowadzili 2:1 i byli zaledwie kilkanaście minut od historycznego półfinału.
Anglików uratował Gary Lineker. Najpierw wyrównał z rzutu karnego, a następnie w dogrywce zdobył kolejną bramkę również z jedenastki. Kamerun przegrał 2:3, ale schodził z boiska jako zwycięzca serc kibiców na całym świecie.
Mało kto pamięta, że trenerem Kamerunu nie był Afrykanin. Zespół prowadził Walerij Nepomniachi – szkoleniowiec z ZSRR, który przed mundialem był praktycznie nieznany na Zachodzie. Po sukcesie Kamerunu stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych trenerów turnieju.
Dziś półfinał Maroka czy ćwierćfinał Ghany nie wydają się czymś niewyobrażalnym. W 1990 roku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. To właśnie Kamerun jako pierwszy udowodnił, że afrykańska reprezentacja może rywalizować z największymi potęgami świata jak równy z równym. Wielu piłkarzy z Afryki wspomina później, że sukces Kamerunu był dla nich inspiracją do rozpoczęcia kariery. Bez Kamerunu 1990 być może nie byłoby Senegalu 2002, Ghany 2010 ani Maroka 2022.
4. Chorwacki sen (1998)
Gdy rozpoczynały się mistrzostwa świata we Francji, niewielu kibiców stawiało Chorwację w gronie kandydatów do medalu. Dla większości była to ciekawa, ale wciąż niedoświadczona reprezentacja z Bałkanów.
Trudno się dziwić. Chorwacja dopiero kilka lat wcześniej odzyskała niepodległość po rozpadzie Jugosławii. Mundial we Francji był jej pierwszym występem na mistrzostwach świata jako samodzielnego państwa. Kilka tygodni później cały piłkarski świat znał już nazwiska Davora Šukera, Zvonimira Bobana i Roberta Jarniego.
Po rozpadzie Jugosławii Chorwaci musieli budować swoją piłkarską tożsamość od podstaw. Paradoks polegał na tym, że wielu zawodników, którzy mieli później stanowić o sile reprezentacji Chorwacji, wcześniej występowało w barwach Jugosławii. Wśród nich byli między innymi Zvonimir Boban, Robert Prosinečki czy Aljoša Asanović.
W kraju wciąż widoczne były skutki wojny, dlatego sukcesy sportowe miały dla Chorwatów szczególne znaczenie. Reprezentacja stała się symbolem jedności i dumy młodego państwa.
Chorwaci rozpoczęli mundial od zwycięstwa 3:1 nad Jamajką. Następnie pokonali Japonię 1:0 po golu Davora Šukera. Dopiero w ostatnim meczu grupowym przegrali 0:1 z Argentyną, ale nie przeszkodziło im to w awansie do fazy pucharowej. Już wtedy eksperci zwracali uwagę na niezwykle dojrzałą grę debiutantów.
W 1/8 finału Chorwacja trafiła na Rumunię, jedną z rewelacji poprzedniego mundialu. Mecz był bardzo wyrównany, ale jedyna bramka Davora Šukera z rzutu karnego wystarczyła do zwycięstwa 1:0.
Prawdziwa historia miała jednak dopiero nadejść.
W ćwierćfinale rywalem Chorwacji byli aktualni mistrzowie Europy – Niemcy. Dla wielu obserwatorów był to moment, w którym piękna przygoda debiutantów miała się zakończyć. Niemcy dysponowali gwiazdami światowego formatu. W składzie znajdowali się między innymi Oliver Bierhoff, Jürgen Klinsmann, Andreas Möller czy Lothar Matthäus.
Przez lata przyzwyczaili świat do wygrywania najważniejszych spotkań.
Już pod koniec pierwszej połowy Niemcy znaleźli się w trudnej sytuacji. Christian Wörns został wyrzucony z boiska za faul na Davorze Šukerze. Po przerwie rozpoczął się prawdziwy chorwacki koncert.
Najpierw Robert Jarni otworzył wynik spotkania. Później do siatki trafił Goran Vlaović, a dzieła zniszczenia dokonał Davor Šuker. Chorwacja wygrała 3:0.
Była to jedna z najbardziej szokujących porażek Niemców w historii mistrzostw świata. Nikt nie spodziewał się, że debiutująca reprezentacja tak zdecydowanie zdominuje jedną z największych futbolowych potęg.
W półfinale Chorwaci zmierzyli się z gospodarzami turnieju – Francją. Co ciekawe, to właśnie Chorwacja objęła prowadzenie. Na początku drugiej połowy Davor Šuker pokonał Fabiena Bartheza i wydawało się, że kolejna sensacja jest bardzo blisko. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Lilian Thuram, obrońca znany głównie z gry defensywnej, zdobył dwie bramki. Były to jedyne gole, jakie strzelił w całej reprezentacyjnej karierze dla Francji. Francuzi wygrali 2:1 i awansowali do finału.
W meczu o trzecie miejsce Chorwacja pokonała Holandię 2:1. Brązowy medal był jednym z największych sukcesów w historii światowego futbolu reprezentacyjnego. Debiutant nie tylko znalazł się na podium, ale przez znaczną część turnieju grał futbol, który zachwycał neutralnych kibiców.
Największą gwiazdą zespołu był Davor Šuker. Napastnik Realu Madryt zdobył sześć bramek i został królem strzelców mistrzostw świata. Trafiał przeciwko Jamajce, Japonii, Rumunii, Niemcom, Francji i Holandii. W Chorwacji urósł do rangi bohatera narodowego.
Czas pokazał, że sukces z 1998 roku nie był jednorazowym wyskokiem. Chorwacja zdobyła srebro mundialu w 2018 roku i brąz w 2022. Niewiele państw może pochwalić się takimi osiągnięciami. Tym bardziej imponuje fakt, że mówimy o kraju istniejącym od niespełna 40 lat i liczącym zaledwie około 4 milionów mieszkańców.
3. Cud w Belo Horizonte (1950)
Jeśli dziś reprezentacja Stanów Zjednoczonych pokonałaby Anglię na mistrzostwach świata, nikt nie nazwałby tego cudem. Amerykanie od lat regularnie występują na mundialach, produkują coraz lepszych piłkarzy i potrafią rywalizować z najlepszymi.
W 1950 roku sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej. W tamtych czasach Stany Zjednoczone były na piłkarskiej mapie świata niemal niewidoczne. Futbol przegrywał tam z baseballem, boksem, futbolem amerykańskim i koszykówką. Reprezentacja USA składała się głównie z półamatorów, którzy na co dzień pracowali w zwykłych zawodach.
Anglia natomiast uchodziła za kolebkę futbolu i była przekonana o własnej wyższości nad resztą świata. To właśnie dlatego wydarzenia z 29 czerwca 1950 roku do dziś są uznawane za jedną z największych sensacji w historii sportu.
Mundial w Brazylii był pierwszym, w którym wystąpiła reprezentacja Anglii. Choć piłkarze z Wysp nigdy wcześniej nie grali na mistrzostwach świata, wielu ekspertów uważało ich za głównych kandydatów do zdobycia trofeum. Nie brakowało ku temu argumentów.
Kilka tygodni przed turniejem Anglia rozbiła Portugalię 5:3, a następnie pokonała Belgię 4:1. W składzie znajdowali się czołowi zawodnicy ligi angielskiej, a brytyjska prasa otwarcie pisała o przyszłym mistrzostwie świata. Dziennikarze bardziej zastanawiali się nad rozmiarami zwycięstwa nad USA niż nad tym, kto wygra spotkanie.
Po drugiej stronie stanęła reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Był to zespół, którego nazwiska nie mówiły praktycznie nic europejskim kibicom.
W składzie znajdowali się między innymi nauczyciele, pracownicy portowi, kierowcy ciężarówek i robotnicy. Wielu zawodników musiało brać urlopy w pracy, by móc pojechać na mundial. Piłkarze nie byli gwiazdami sportu. Nie zarabiali fortuny. Nie występowali w wielkich klubach. Tym bardziej nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić.
Mecz rozegrano w Belo Horizonte przed około 13 tysiącami widzów. Od pierwszych minut Anglicy atakowali. Strzelali, stwarzali sytuacje i wydawało się, że zdobycie bramki jest tylko kwestią czasu. Tymczasem w 38. minucie nastąpił moment, który przeszedł do historii futbolu.
Walter Bahr zdecydował się na strzał z dystansu. Lecącą w kierunku bramki piłkę musnął głową Joe Gaetjens, całkowicie myląc angielskiego bramkarza Berta Williamsa. Piłka wpadła do siatki. USA prowadziły 1:0.
Nikt na stadionie nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
Przez całą drugą połowę Anglicy szturmowali amerykańską bramkę. Strzelali z każdej pozycji, trafiali w słupki, marnowali doskonałe okazje. Amerykanie bronili się jednak z ogromnym poświęceniem. Bramkarz Frank Borghi rozgrywał mecz życia. Gdy sędzia zakończył spotkanie, na tablicy wyników nadal widniał rezultat 1:0 dla USA.
Stała się rzecz niewyobrażalna.
Skala sensacji była tak ogromna, że część europejskich mediów nie chciała uwierzyć w przekazywany wynik. Przez lata powtarzano historię, że niektóre gazety opublikowały rezultat Anglia – USA 10:1, zakładając, że podczas transmisji telegraficznej zgubiono cyfrę „1”.
Choć część badaczy uważa dziś tę opowieść za nieco podkoloryzowaną, doskonale pokazuje ona, jak niewiarygodny wydawał się rezultat z Belo Horizonte.
Autorem zwycięskiego gola był Joe Gaetjens. Jego historia jest równie niezwykła jak sam mecz. Gaetjens pochodził z Haiti i nigdy nie otrzymał amerykańskiego obywatelstwa. Mimo to mógł występować w reprezentacji USA dzięki obowiązującym wówczas przepisom. Po zakończeniu kariery wrócił do ojczyzny. Jego losy zakończyły się tragicznie. W 1964 roku został aresztowany przez reżim François Duvaliera i prawdopodobnie zamordowany. Nigdy nie odnaleziono jego ciała.
Porażka z USA okazała się początkiem katastrofy. Kilka dni później Anglia przegrała z Hiszpanią 0:1 i odpadła z turnieju już po fazie grupowej. Dla kraju, który uważał się za najlepszego na świecie, był to szok porównywalny z późniejszymi mundialowymi kompromitacjami wielkich faworytów.
Do dziś wielu historyków uważa spotkanie USA – Anglia za największą pojedynczą sensację w historii mistrzostw świata.
W 2005 roku powstał film „The Game of Their Lives”, opowiadający historię amerykańskiej reprezentacji z mundialu 1950. W rolę Franka Borghiego wcielił się Gerard Butler, późniejsza gwiazda filmu „300”.
2. Cud w Bernie (1954)
W historii mistrzostw świata nie było wielu drużyn tak dominujących jak reprezentacja Węgier z początku lat 50. XX wieku. Dla wielu historyków futbolu była to najlepsza drużyna, która nigdy nie zdobyła mistrzostwa świata. Węgrzy zachwycali nowoczesnym stylem gry, seryjnie pokonywali największe potęgi i wydawali się wręcz niepokonani. Przed mundialem w Szwajcarii nie przegrali ani jednego meczu od czterech lat. A potem wydarzył się finał, który na zawsze przeszedł do historii jako „Cud w Bernie”.
Węgrzy byli wówczas absolutnym fenomenem. Trzon drużyny stanowili zawodnicy legendarnego Honvédu Budapeszt. Największą gwiazdą zespołu był Ferenc Puskás, jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii futbolu. Obok niego grali między innymi Sándor Kocsis, Nándor Hidegkuti i József Bozsik. Ich reprezentacja otrzymała przydomek „Złotej Jedenastki”.
W czasach, gdy większość drużyn opierała swoją grę na prostych schematach, Węgrzy prezentowali futbol wyprzedzający epokę. Wymienność pozycji, ruch bez piłki i szybkie kombinacje sprawiały, że rywale często nie wiedzieli, jak ich zatrzymać.
Rok przed mundialem Węgrzy dokonali czegoś, co wydawało się niemożliwe. Na Wembley pokonali Anglię aż 6:3. Była to pierwsza domowa porażka Anglików z reprezentacją spoza Wysp Brytyjskich. Kilka miesięcy później Węgrzy dobili rywala, wygrywając w Budapeszcie aż 7:1. Świat był zachwycony. Eksperci zgodnie twierdzili, że nikt nie jest w stanie odebrać im mistrzostwa świata.
Podczas turnieju w Szwajcarii Węgrzy prezentowali się dokładnie tak, jak oczekiwano. Już w fazie grupowej rozgromili Koreę Południową 9:0. Kilka dni później rozbili RFN aż 8:3. Tak, tych samych Niemców, którzy dwa tygodni później mieli stanąć naprzeciw nich w finale.
W ćwierćfinale pokonali Brazylię 4:2 w brutalnym spotkaniu nazwanym później „Bitwą pod Bernem”. W półfinale rozprawili się z obrońcami tytułu – Urugwajem – wygrywając 4:2 po dogrywce. Pozostawał już tylko ostatni krok.
4 lipca 1954 roku na stadionie Wankdorf w Bernie zmierzyły się reprezentacje Węgier i RFN. Już po ośmiu minutach wydawało się, że wszystko przebiega zgodnie ze scenariuszem. Najpierw do siatki trafił Ferenc Puskás. Kilka chwil później prowadzenie podwyższył Zoltán Czibor. 2:0 po zaledwie ośmiu minutach! Większość kibiców była przekonana, że finał został rozstrzygnięty.
Ku zaskoczeniu wszystkich Niemcy odpowiedzieli błyskawicznie. Najpierw kontaktowego gola zdobył Max Morlock. Następnie wyrównał Helmut Rahn. Po zaledwie osiemnastu minutach było 2:2.
Węgrzy nadal dominowali, ale nie potrafili ponownie objąć prowadzenia. W drugiej połowie padał deszcz, a boisko stawało się coraz cięższe.
Na sześć minut przed końcem Helmut Rahn otrzymał piłkę na skraju pola karnego. Oddał precyzyjny strzał lewą nogą. Piłka wpadła do siatki. 3:2 dla RFN.
Na stadionie zapanowało niedowierzanie. Węgrzy rzucili się do ataku. Kilka minut później Puskás zdobył nawet bramkę wyrównującą, ale sędzia odgwizdał spalonego. Do dziś ta decyzja budzi emocje i jest przedmiotem dyskusji historyków futbolu.
Chwilę później mecz dobiegł końca. Największy faworyt w historii mundiali przegrał finał!
Jedną z najbardziej znanych historii związanych z tym finałem są niemieckie buty. Producentem obuwia reprezentacji RFN była firma Adidas kierowana przez Adolfa „Adiego” Dasslera. Niemcy korzystali z nowoczesnych korków z wymiennymi wkrętami. Gdy nad Bernem rozpętała się ulewa, mogli dostosować długość korków do warunków boiskowych. To dało im przewagę na śliskiej murawie i stało się jednym z symboli „Cudu w Bernie”.
Dla RFN zwycięstwo miało znaczenie znacznie większe niż sportowe. Minęło zaledwie dziewięć lat od zakończenia II wojny światowej. Kraj wciąż podnosił się z ruin i próbował odbudować swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Wielu historyków uważa, że triumf w Bernie stał się jednym z momentów odbudowujących niemiecką dumę narodową po wojennej katastrofie.
A co z Węgrami? To właśnie tutaj historia staje się tragiczna. Dla wielu Węgrów porażka była narodową traumą. Ferenc Puskás i jego koledzy pozostali legendami futbolu, ale nigdy nie zdołali zdobyć upragnionego mistrzostwa świata. Po rewolucji węgierskiej w 1956 roku część gwiazd opuściła kraj. Reprezentacja już nigdy nie odzyskała dawnej potęgi.
Do dziś wielu kibiców uważa, że najlepsza drużyna w historii piłki nożnej nigdy nie zdobyła najważniejszego trofeum.
W latach 1950–1954 Węgrzy rozegrali 47 (!) meczów bez porażki. W tym czasie zdobyli złoty medal olimpijski i byli postrachem całego świata. Jedyną przegraną w tym okresie okazał się… finał mistrzostw świata.
1. Maracanazo (1950)
Niektóre mecze przechodzą do historii futbolu. Inne zmieniają historię całych narodów.
Tak właśnie było 16 lipca 1950 roku na stadionie Maracanã w Rio de Janeiro. Tego dnia Urugwaj pokonał Brazylię 2:1, a wydarzenie to do dziś jest wspominane jednym słowem – Maracanazo.
Dla Urugwajczyków był to największy triumf w dziejach ich futbolu. Dla Brazylijczyków – największa sportowa trauma narodowa.
Po II wojnie światowej świat potrzebował wielkiego sportowego wydarzenia. Organizację mistrzostw świata powierzono Brazylii, krajowi zakochanemu w futbolu. Dla Brazylijczyków był to moment, by pokazać światu swoją siłę, nowoczesność i miłość do piłki nożnej. Na potrzeby turnieju wybudowano gigantyczny stadion Maracanã, który stał się symbolem narodowych ambicji.
W kraju panowało przekonanie, że mistrzostwo świata jest formalnością.
System turnieju różnił się od współczesnego. Nie rozegrano finału w tradycyjnym rozumieniu. Cztery najlepsze drużyny awansowały do grupy finałowej, a mistrzem zostawał zespół z największą liczbą punktów.
Przed ostatnim spotkaniem Brazylia była w idealnej sytuacji. Pokonała Szwecję aż 7:1. Następnie rozbiła Hiszpanię 6:1. Urugwaj natomiast zremisował z Hiszpanią 2:2 i pokonał Szwecję 3:2.
Los chciał, że o mistrzostwie decydował ostatni mecz. Przed bezpośrednim starciem Brazylijczykom do zdobycia mistrzostwa świata wystarczał remis. Urugwaj musiał wygrać.
To właśnie tutaj zaczyna się legenda Maracanazo. W Brazylii niemal nikt nie dopuszczał myśli o porażce. Gazety drukowały okolicznościowe wydania ogłaszające mistrzostwo świata jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Przygotowano pamiątkowe medale, plakaty i uroczystości. Burmistrz Rio de Janeiro w oficjalnych przemówieniach gratulował już reprezentacji zdobycia tytułu.
Piłkarze otrzymywali tysiące listów od kibiców dziękujących za mistrzostwo, którego jeszcze nie wygrali. Urugwajczycy obserwowali to wszystko z niedowierzaniem.
Największym liderem Urugwaju był kapitan Obdulio Varela. Legenda głosi, że przed meczem zebrał kolegów w szatni i powiedział: „Ci na trybunach nie grają. Grają tylko ci, którzy wyjdą na boisko.”
Według jednej z najpopularniejszych opowieści wykupił także egzemplarze brazylijskich gazet zapowiadających triumf gospodarzy i rozrzucił je po szatni, zachęcając kolegów, by po nich deptali. Prawda czy legenda? Tego dziś nie da się już jednoznacznie ustalić. Jedno jest pewne – Varela potrafił sprawić, że jego drużyna uwierzyła w zwycięstwo.
Na Maracanie zgromadziło się oficjalnie ponad 173 tysiące widzów. Wiele szacunków mówi nawet o ponad 200 tysiącach osób. Do dziś pozostaje to jeden z największych tłumów, jakie kiedykolwiek oglądały mecz piłkarski.
Po pierwszej połowie utrzymywał się bezbramkowy remis. Tuż po przerwie stadion eksplodował z radości. Friaça zdobył gola dla Brazylii. Było 1:0. Mistrzostwo świata było na wyciągnięcie ręki.
Urugwajczycy nie załamali się. W 66. minucie Juan Alberto Schiaffino wykorzystał podanie Alcidesa Ghiggii i doprowadził do remisu. Na stadionie zrobiło się niespokojnie. Po raz pierwszy tego dnia Brazylijczycy zaczęli odczuwać strach. Jednak remis wciąż dawał im mistrzostwo.
Na jedenaście minut przed końcem wydarzyło się coś niewyobrażalnego. Ghiggia ruszył prawą stroną boiska. Brazylijski bramkarz Moacir Barbosa spodziewał się dośrodkowania. Urugwajczyk zdecydował się jednak na strzał. Piłka przeleciała obok bramkarza i wpadła do siatki. 2:1 dla Urugwaju.
Maracanã zamilkła.
Po latach Alcides Ghiggia wypowiedział jedno z najsłynniejszych zdań w historii futbolu: „Tylko trzy osoby uciszyły Maracanę: Frank Sinatra, papież Jan Paweł II i ja.” To zdanie doskonale oddaje skalę tego wydarzenia. Ponad 170 tysięcy ludzi zamarło w jednej chwili.
Po końcowym gwizdku na stadionie panowała grobowa cisza. Relacje prasowe wspominają kibiców płaczących na trybunach, ludzi siedzących nieruchomo przez wiele minut i policjantów pomagających osobom, które zasłabły z emocji. Niektóre źródła mówią nawet o przypadkach samobójstw po porażce, choć część tych historii z biegiem lat została zapewne wyolbrzymiona.
Jedno nie ulega wątpliwości – Brazylia przeżyła sportową traumę, jakiej wcześniej nie znał żaden kraj.
Skutki porażki były odczuwalne przez lata. Brazylijska federacja uznała, że używane dotychczas białe stroje przynoszą pecha i nie oddają narodowej tożsamości. Kilka lat później ogłoszono konkurs na nowy projekt koszulek. Tak narodził się legendarny żółty trykot z zielonymi elementami, który dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli światowego futbolu.
Najtragiczniejszą postacią tej historii był bramkarz Moacir Barbosa. Przez dziesięciolecia obwiniano go za utratę drugiej bramki. Sam powiedział kiedyś: „W Brazylii maksymalny wyrok więzienia wynosi trzydzieści lat. Ja odsiaduję swoją karę od 1950 roku.” Choć był jednym z najlepszych bramkarzy swojej epoki, dla wielu kibiców pozostał symbolem największej porażki w historii brazylijskiego futbolu.
Brazylia miała wygrać. Miała świętować. Miała zostać mistrzem świata przed własną publicznością. Tymczasem niewielki Urugwaj, liczący niespełna 2,5 miliona mieszkańców, odebrał jej marzenia na oczach największej publiczności w historii futbolu.
Od tamtego dnia każde wielkie zwycięstwo outsidera porównywane jest właśnie do Maracanazo.
Piękno nieprzewidywalności
Każdy kibic zapewne ułożyłby ten ranking nieco inaczej. Jedni wyżej postawiliby zwycięstwo Algierii nad RFN w 1982 roku, inni wskazaliby sensacyjny triumf Arabii Saudyjskiej nad późniejszymi mistrzami świata z Argentyny podczas mundialu w Katarze. Nie zabraknie też głosów za Koreą Południową eliminującą Niemcy w 2018 roku czy Bułgarią wyrzucającą za burtę obrońców tytułu w 1994 roku.
Szczególnym przypadkiem pozostaje półfinał mundialu 2014, w którym Niemcy rozgromili Brazylię aż 7:1. Trudno jednak nazwać ten mecz klasyczną sensacją. Był to raczej jeden z największych szoków i najbardziej nieprawdopodobnych wyników w historii futbolu. Niemcy byli potęgą światowej piłki, dlatego sam ich awans do finału nie stanowił niespodzianki. Niewyobrażalny był natomiast sposób, w jaki upokorzyli gospodarzy turnieju.
Właśnie dlatego mundial pozostaje wyjątkowy. Co cztery lata pojawia się drużyna, której nikt nie daje większych szans. Czasem jest to Korea Północna, Kamerun, Senegal, Kostaryka czy Maroko. Czasem pojedynczy mecz, taki jak USA – Anglia czy Maracanazo, przechodzi do historii na dziesięciolecia.
Jedno jest pewne – za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat powstanie kolejny ranking największych sensacji mistrzostw świata. I bardzo możliwe, że znajdzie się w nim historia, której jeszcze dziś nikt nie potrafi sobie wyobrazić. Bo właśnie wtedy, gdy wydaje się, że wszystko jest już przesądzone, mundial pisze swoje najpiękniejsze scenariusze.
Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.

















Dodaj komentarz