Podaruj komuś pierwszy mecz na Roosevelta

Podaruj komuś pierwszy mecz na Roosevelta

Dziesięć lat temu ktoś namówił mnie na pierwszy mecz Górnika. Nie pamiętam już, kto to był ani dlaczego zdecydowałem się pojechać. Wiem jedno: bez tamtego zaproszenia prawdopodobnie nie znalazłbym się w Warszawie na finale Pucharu Polski.

Na tę chwilę Górnik czekał 54 lata. Ja znacznie krócej, ale stojąc na Stadionie Narodowym, miałem wrażenie, że cała moja kibicowska historia prowadziła właśnie do tego miejsca.

Stanisław Oślizło, Erik Janža i Lukas Podolski unieśli Puchar Polski. Trybuny eksplodowały, a obok mnie stał mój syn. Patrzyłem na niego i wiedziałem, że przeżywamy wspomnienie, do którego będziemy wracać przez resztę życia.

W tym jednym obrazie spotkało się kilka pokoleń Górnika. Oślizło, którego znałem z opowieści starszych kibiców. Podolski, od którego bramki rozpoczęła się nasza prawdziwa fascynacja klubem. I mój 12-letni syn, dla którego wielki Górnik nie był już historią z pożółkłych gazet. On zobaczył go na własne oczy.

Żeby jednak wyjaśnić, dlaczego ta chwila znaczyła dla mnie tak wiele, muszę cofnąć się do lat 90.

Urodziłem się i wychowałem w niewielkiej miejscowości pod Rybnikiem. W tamtych stronach właściwie nie było wyboru – liczył się Górnik. Mimo to przez wiele lat trudno byłoby nazwać mnie jego kibicem.

Jako dziecko kibicowanie kojarzyłem głównie z dwiema grupami. Z jednej strony byli młodzi ludzie zainteresowani przede wszystkim huligaństwem i starciami z Niebieskimi z sąsiednich miejscowości. Z drugiej – starsi kibice, którzy żyli wspomnieniami wielkiego Górnika i potrafili godzinami opowiadać o dawnych mistrzostwach oraz europejskich pucharach.

Nie pasowałem do żadnego z tych światów. Nie miałem duszy huligana, a sukcesy sprzed lat wydawały mi się czymś bardzo odległym.

Na mecze nie jeździłem. Nie było jeszcze autostrady, w domu nie mieliśmy Canal+, a regularne wyjazdy do Zabrza zwyczajnie nie mieściły się w naszym budżecie. Piłkę poznawałem przede wszystkim z gazet dostępnych w kiosku prowadzonym przez mamę.

Żyłem występami reprezentacji i polskich klubów w Europie. Pamiętam Legię w Lidze Mistrzów, Widzew i bramkę Marka Citki przeciwko Atlético Madryt, świetną Wisłę Henryka Kasperczaka czy szalony awans Lecha po meczu z Austrią Wiedeń. Pamiętam też mundial w Korei i Japonii oraz dziecięce łzy po hat-tricku Paulety.

Kochałem futbol, ale nie miałem własnego klubu. Górnik był gdzieś obok, lecz jeszcze nie zajmował w moim życiu ważnego miejsca. Gdy wyjechałem na studia, a później przeprowadziłem się na Podbeskidzie, niemal zupełnie straciłem go z oczu.

Wszystko zaczęło się zmieniać 21 lutego 2016 roku.

Tego dnia po raz pierwszy znalazłem się na stadionie w Zabrzu. Górnik podejmował Ruch Chorzów w meczu otwierającym nowy obiekt. Nie pamiętam już, kto namówił mnie na ten wyjazd. Pamiętam za to, że siedziałem na łuku, blisko murawy i tuż obok Torcidy.

Górnik przegrał 0:2, a samo spotkanie stało na słabym poziomie. Niewiele z niego zapamiętałem. Znacznie większe wrażenie zrobiło na mnie to, co działo się na trybunach.

Wcześniej doping stadionowy kojarzył mi się głównie z przekleństwami i wzajemnym wyzywaniem się. Tymczasem w Zabrzu usłyszałem dziesiątki melodyjnych przyśpiewek, a kibice wspierali drużynę przez pełne 90 minut. Jeszcze kilka dni po meczu słyszałem te piosenki w głowie.

Górnik przegrał, ale ja wróciłem oczarowany. Wiedziałem, że chcę tam przyjechać ponownie.

Na Roosevelta wróciłem jednak za sprawą mojego syna. Miłość do futbolu najwyraźniej odziedziczył po mnie. Już jako trzylatek zaczął trenować w lokalnym klubie, a rok później zabrałem go na jego pierwszy mecz w Zabrzu. Górnik mierzył się wtedy z Legią Warszawa w półfinale Pucharu Polski.

Później pojechaliśmy jeszcze na kilka spotkań. Zawsze razem i zawsze na sektor rodzinny. Wydawało mi się, że to ja pokazuję mu stadion. Dziś widzę, że w pewnym sensie było odwrotnie – to on pomógł mi odnaleźć drogę do Górnika.

Później przyszła pandemia i stadiony na długi czas opustoszały. Kolejny przełom nastąpił jesienią 2022 roku. Klub zorganizował wtedy promocję dla kibiców, których od dawna nie było na meczu. Kupiliśmy bilety na spotkanie z Widzewem Łódź.

Decyzję podjęliśmy późno, dlatego zamiast na sektor rodzinny trafiliśmy w okolice Torcidy. Syn miał już osiem lat, więc uznałem, że sobie poradzi.

Lepszego meczu nie mogliśmy wybrać.

Górnik wygrał 3:0, kibice zaprezentowali efektowną oprawę, a jedną z bramek zdobył Lukas Podolski. Pamiętam wrzawę po jego golu i błysk w oczach syna. Właśnie wtedy poczułem, że wydarzyło się coś ważnego.

Przez lata patrzyłem na Podolskiego głównie jako na piłkarza, który wybrał reprezentację Niemiec zamiast Polski. Dopiero w Zabrzu zacząłem poznawać jego prawdziwą historię i rozumieć, jak silna jest jego więź z Górnikiem. Czułem, że może jeszcze zrobić dla tego klubu coś wielkiego.

Nie przypuszczałem, że kilka lat później zobaczę go z Pucharem Polski w rękach.

Od spotkania z Widzewem zaczęliśmy jeździć praktycznie na każdy domowy mecz. Wkrótce do syna dołączyli jego koledzy z drużyny, więc samochód jadący do Zabrza zazwyczaj był pełny. Spotkania wyjazdowe oglądaliśmy w telewizji. Śledziliśmy transfery, treningi, kulisy i każdą wiadomość pojawiającą się wokół klubu.

Nie było dnia, żebyśmy nie rozmawiali o Górniku.

Z czasem zrozumiałem, że jest to dla nas coś więcej niż zwykłe kibicowanie. Klub dał mnie i synowi wspólny język. Wyjazdy, rozmowy o składzie, przeżywanie meczów i analizowanie ich w samochodzie stały się naszym rytuałem.

Syn będzie dorastał i coraz częściej żył własnymi sprawami. Wierzę jednak, że Górnik zawsze pozostanie czymś, co będzie nas łączyć.

Z czasem zrozumiałem, że do Zabrza przyciąga mnie nie tylko futbol. Na trybunach znów słyszałem śląską godkę – język znany z domu, którym po przeprowadzce na Podbeskidzie praktycznie przestałem posługiwać się na co dzień. W tych znajomych słowach i brzmieniu odnajdywałem część własnej tożsamości, którą gdzieś po drodze utraciłem.

Moja fascynacja klubem zaprowadziła mnie również do Polskiego Zwierciadła Futbolu. Na jednej z facebookowych grup zobaczyłem ogłoszenie niewielkiej redakcji poszukującej autorów. Postanowiłem spróbować.

Od początku pisałem głównie o Górniku. Nie tylko relacje z meczów, ale również własne opinie o prywatyzacji i tym, co działo się wokół klubu. Pierwsze artykuły miały po kilka wyświetleń. Z czasem zaczęły docierać do tysięcy czytelników, a ja brałem na siebie coraz więcej obowiązków.

Dzisiaj jestem ważną częścią PZF. Nadal traktuję to jako hobby, ale podchodzę do niego bardzo poważnie. Dzięki pisaniu otrzymałem pierwszą akredytację prasową na mecz Górnika.

Chłopak, który kiedyś poznawał wyniki z gazet leżących w kiosku mamy, po latach sam zaczął opisywać swój klub.

Wróciłem myślami do całej tej drogi, gdy Oślizło, Janža i Podolski wznieśli trofeum. Wszystkie wyjazdy, rozmowy, porażki i zwycięstwa nagle złożyły się w jedną historię.

Dlatego mam prosty apel do każdego kibica Górnika.

Zabierz w tym sezonie na mecz przynajmniej trzy osoby, które nigdy wcześniej nie były na Roosevelta. Sąsiada, kolegę z pracy, szwagra albo dziecko z rodziny.

Być może dla kogoś będzie to pierwszy i ostatni mecz. Może uzna, że to nie jego świat. Nic nie szkodzi.

Ale może być również tak, że przez następnych kilka dni będzie słyszał w głowie stadionowe przyśpiewki. Może zobaczysz w jego oczach ten sam błysk, który dostrzegłem u swojego syna po spotkaniu z Widzewem. Może właśnie tego dnia ktoś otrzyma coś, co zostanie z nim na całe życie.

Może za kilkanaście lat ta osoba stanie obok własnego dziecka na wielkim stadionie i zobaczy, jak kolejny kapitan Górnika unosi nad głowę zdobyte trofeum.

Każda wielka miłość musi się przecież od czegoś zacząć.

 

Czasem wystarczy jedno proste pytanie:

– Jedziesz z nami na mecz?

Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz pracę autora? Możesz okazać wsparcie, stawiając mu symboliczną kawę i pomagając dotrzeć z jego tekstem do szerszego grona — udostępnij artykuł poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *